• Wpisów: 11
  • Średnio co: 67 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 16:34
  • Licznik odwiedzin: 1 029 / 812 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
codd
 
X.

   Stali naprzeciw siebie, pośród płomieni walącego się budynku, pośród dymu i smrodu palonych ciał. Pośród śmierci. Patrzyli sobie w oczy, jeden pewien siebie, z uśmiechem pełnym nienawiści i triumfu, drugi zaś – z twarzą wykrzywioną bólem, a jednak mającą w oczach wolę walki i nadzieję. Nadzieję, która nie powinna już istnieć.

- To było nasze drugie spotkanie. Wtedy. – powiedział Heros, stojąc plecami do niej, patrząc na wielkie szare drzewo, gdzie Diamond znikał wchłaniany przez korę szaleństwa. – Kiedy otruła mnie Ona, a on przyszedł po to, czego nie mógł mieć.
- Co było dalej? – zapytała, stając obok niego, na krawędzi dachu.
- Zabił mnie. – uśmiechnął się. – Drugi raz.
- A za pierwszym razem? Jak to wyglądało za pierwszym razem?

   Na nagim ciele powoli materializowała się czarna peleryna z kapturem. Po chwili tors, ramiona, całe ciało otuliła szara materia ubrania. Tak po prostu.
   Potumus Y Graves trzymał swą ofiarę wolną ręką, trzymał za szyję, uciskając krtań. Trzymał wysoko, tak, że Heros nie mógł dotknąć ziemi nogami.
- Cały twój ból, który w sobie chowałeś. – wycedził przez zaciśnięte w upiornym uśmiechu zęby. – Cały twój lęk, który od siebie odpychałeś. Cała twoja nienawiść, którą negowałeś. To wszystko i więcej. Wszystko to zepchnąłeś daleko, tak daleko, że przestały istnieć. – opuścił trochę Herosa, spojrzał mu w oczy z bardzo bliska. – Ale we wszechświecie nic nie ginie tak po prostu. To, co odrzuciłeś stworzyło coś nowego. Stworzyło mnie.
   Odrzucił go, niczym szmacianą lalkę. Wsparł się na swojej potężnej kosie, nasunął kaptur na twarz. Wyglądał niczym personifikacja śmierci, choć przecież tak różnił się od Żniwiarza. Podszedł, powoli, jakby z obrzydzeniem dotykając leżącego na ziemi Herosa czubkiem buta.
- Widzisz, mój mały braciszku – westchnął pochylając się nad nim lekko. – równowaga musi być.
   Kopnął go z rozmachem, prosto w brzuch. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Podniósł go za włosy, uderzył kolanem prosto w twarz, cisnął nim o płytę nagrobka. Poprawił jeszcze jednym kopniakiem w ucho.
   Heros szepnął coś, co sprawiło, że Postumus się zawahał. Ale tylko na chwilę. Potem zamachnął się swoją kosą. I wchłonął ciało swej ofiary, razem z całą jej mocą.

- Co wtedy powiedziałeś? – zapytała.
- Że nie może być aż taki zły. – odpowiedział nie od razu. – Że nie może być aż taki zły, bo przecież ja nie jestem. A on jest mną.
- To nie na moją głowę. – westchnęła. – Wszystko to jakieś popieprzone. On cię zabija, potem nagle jakimś cudem zmartwychwstajesz, otruwa cię ukochana, która okazuje się zimną suką, on cię jeszcze raz zabija korzystając z okazji... Sam w międzyczasie staje się bohaterem, potem traci moc... Co wy, z komiksu się urwaliście, czy z kreskówki jakiejś?
- Nie, to nie tak...
- Oj, nie tłumacz już. – warknęła zniecierpliwiona. – Bo jeszcze bardziej namieszasz. I tak ledwo nadążam. Ty mi lepiej powiedz, co ty tu robisz? Nie powinieneś być... – ucichła.
- Gdzie?
- No wiesz. – wskazała palcem w górę. – Tam.
- Że w Niebie? – domyślił się.
- No! – przytaknęła gwałtownie.
- Moja droga Kocico... Przecież Niebo nie istnieje.

   Ogromny biały pies, choć będący wzorem psiej cierpliwości – nagle poczuł się zniecierpliwiony. Umiał czekać, i to jak żaden inny czworonóg. Ale tym razem po prostu przebierał łapami w miejscu, jakby zaraz miał dostać michę dobrej karmy.
   W końcu sapnął, kichnął i z miejsca, bez rozbiegu, ruszył przed siebie. Biegiem. I może nie był najszybszym psem świata, ale w tym momencie – nie dogoniłaby go nawet gazela.

- Dobra, to co robimy? – zapytała zerkając na wielkie szare drzewo. – Jeszcze trochę, a Diamond zniknie bez śladu i na pewno go nie wyciągniemy.
- Nawet ja nie dałbym rady go stamtąd wydłubać. – zapewnił Heros nieledwie lewitując nad dachem. – Nic na siłę, Kocico. Tu siła nie ma aż takiego znaczenia.
- Więc co? Poczekamy aż drzewko go przetrawi i wydali resztki, czy jak?
- Nie, użyjemy sposobu.
- Aha! Więc masz plan!
- Nie, mam cierpliwość.
- Czyli jednak czekamy? – uśmiechnęła się zadowolona ze swej przenikliwości, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. – Chwila, jak to: czekamy? Na co? Na zbawienie? Na kawalerię?
- Powiedzmy.
- Co „powiedzmy”? – wrzasnęła rozzłoszczona nie na żarty. – Ty myślisz, że ja się tu pchałam, żeby pozwiedzać? Nie będę czekała nie wiadomo na co! Trzeba działać! Działać teraz! Natychmiast! Zanim będzie zbyt późno!
- Tutaj czas nie ma znaczenia. – uśmiechnął się Heros, nie zwracając uwagi na jej wybuch. – Naucz się cierpliwości.
- To mi przynajmniej powiedz na co mamy czekać.
- Na przybycie kogoś, kogo wezwałem na pomoc.
- Kogo?
- Przyjaciela.

   Otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Ostre światło oślepiało, wwiercało się w źrenice, przyprawiało o zawroty głowy. Zacisnął powieki, i spróbował się podnieść. Obrócił się na brzuch, wsparł na dłoniach, podciągnął na kolana, potem do pozycji klęczącej. Mrużąc oczy, próbował przyzwyczaić wzrok do otoczenia. Wstał powoli.
   Po dłuższej chwili widział już wszystko. Czy też raczej nie widział nic. Bo wszędzie wokół była tylko biel. I tylko cieniutka, szara linia horyzontu oddzielała białe „niebo” od równie białego „gruntu” pod nogami. Ot, po prostu biała, niczym nie skażona pustka.
   Krzyknął. A jego głos zabrzmiał jednocześnie tysiącem ech. Ruszył więc przed siebie, wybierając jedyny słuszny kierunek: „którykolwiek”.
   Spojrzał na zegarek, zorientował się, że nie działa. Poluzował swój czerwony krawat, rozpiął kołnierz koszuli i szedł dalej. Przed siebie.

- Czy ja słyszę... Szczekanie? – zdziwiła się serdecznie.
- Jeśli nie ogłuchłaś, to faktycznie słyszysz. – uśmiechnął się i mrugnął do niej.
- To oni tu psy mają?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
- To czemu ja słyszę...
- Pomoc nadeszła.

   Nie miał żadnego pojęcia jak długo szedł, ani jaki dystans przebył. Nie czuł zmęczenia, co trochę go dziwiło, bo nie przypuszczał, że przeszedł mniej niż dziesięć mil. A szedł cały czas swoim nerwowym, szybkim krokiem. Był co raz bardziej poirytowany, był co raz bardziej wściekły. I za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć niczego, co podpowiedziałoby mu, jak się tu znalazł. Gdziekolwiek było to „tu”.
- Kurwa! – wrzasnął co sił w płucach. – Co to ma być?! Gdzie ja, kurwa, jestem?!
   Pokręcił głową, uderzył się otwartą dłonią w twarz. I ruszył dalej. Bo przecież nie mógł tak po prostu usiąść i czekać.
   Nagle przystanął. Rozejrzał się, obracając się wokół własnej osi. Nadstawił ucha. Słyszał, i to dość wyraźnie, szczekanie. I to takie, w co jeszcze trudniej było uwierzyć, szczekanie dość... Sympatyczne. Szczekanie psa, który chce się bawić, a nie psa, który grozi w ten sposób rozrywaniem ofiary na sztuki.
   W końcu coś zobaczył. Pod szarą linią horyzontu pojawiła się jakaś mała kropka. Ta kropka powiększała się z każdą chwilą, nabierając kształtu.
   Wielki, biały pies, prawdopodobnie bokser, dobiegł do Diamonda, wyhamował gwałtownie tuż przy nim. Zakręcił kilka kółek wokół niego, przebierając łapami jak szczeniak, szczekając wesoło. Potem stanął na tylnich łapach, przednie wspierając na piersi kapelana. Wywiesił ogromny różowy ozór, dysząc i mlaskając.
- Co ty tu robisz, piesku? – zapytał Diamond, klepiąc czworonoga po masywnej szyi. – Skąd się tu wziąłeś?
   Pies odskoczył tylko, zakręcił się niespokojnie, szczeknął kilka razy, cały czas łypiąc na człowieka brązowymi ślepiami.
- Mam iść za tobą? – zapytał Diamond.
- Aleś ty, w mordę, domyślny.
   Kapelan rozejrzał się gwałtownie, robiąc instynktowny krok do tyłu. Nikogo nie widział. Spojrzał więc na psa. I aż potrząsnął głową.
- No idziesz? – usłyszał znowu basowy, śmieszny głos. – Czy będziesz tak stał z idiotyczną miną?
   Diamond padł na klęczki, na czworakach podszedł do psa, patrząc mu prosto w pysk.
- Mam rozumieć, że ty mówisz? – zapytał z obawą w głosie, bo pomysł wydawał mu się niedorzeczny.
- Mogę ci nawet zaśpiewać, bylebyś wstał, bo wyglądasz jak kretyn.
 

codd
 
IX.

   Stał w ciszy, w ciemności. Patrzył na nagrobek, na którym wyryto jego własne imię, patrzył na grób, w którym leżała pusta trumna. Patrzył na miejsce spoczynku bohatera. Herosa. Kogoś, kim już nie miał siły być. Kogoś, kim już nie chciał być. A może po prostu już nie mógł?
   Stał, patrząc tak, pełen żalu, smutku. Złości. Nie, nie na świat, nie na tych, którzy go skrzywdzili. Lecz na samego siebie. Bo nie pierwszy raz czuł się bezsilny. Lecz pierwszy raz nie wiedział co dalej. Nie wiedział jak żyć. I właśnie dlatego uznano go za zmarłego, właśnie po to sfingował własną śmierć. Bo już nie chciał tego życia.
   Wtedy usłyszał stłumiony dźwięk. Jakby coś pękało, jakby coś poruszało się gwałtownie. Potem poczuł, jak ziemia pod stopami drży, miarowo, jakby w rytm uderzeń. A potem płyta nagrobkowa pękła, obie połowy spadły na ziemię z łoskotem. Z ciemności grobu wysunęła się ogromna kosa o co najmniej dwumetrowej długości ostrzu. Potem pojawiła się głowa o długich, białych włosach, które ciemniały powoli w oczach, nabierały koloru. Wściekle szare, niemal stalowe oczy patrzyły tak, jakby nienawidziły całego świata i okolic.
Nagi mężczyzna dzierżący ogromną kosę niemal wyskoczył z grobu, chwytając swoją ofiarę za połę kurtki, patrząc, uśmiechając się upiornie.
- Nie chcesz swojego życia? – zapytał świecąc ostrzem kosy. – Wezmę je. Od razu.

   Spojrzała z daleka na wielkie, martwe, szare drzewo. Już z tej odległości widziała czarny punkcik na jego pniu. Tam był Diamond, uwięziony, bezbronny. Zakuty w najmocniejsze łańcuchy jakie mogły istnieć. Opętany własnym umysłem, własnym strachem. Własnym szaleństwem.
   Ruszyła powoli, ostrożnie, w jego kierunku, mając nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Że nie zatracił się jeszcze w bólu, że można go jeszcze wyciągnąć z labiryntu strachu, wspomnień i żalu.

   Heros padł na klęczki. Trucizna pożerająca jego organizm pchnęła krew przez nos, oczodołami, uszami, w końcu i ustami. Jego ciało targnęły konwulsje, zwymiotował. Raz, potem drugi. W końcu wymiotował krwią, na własne kolana. Nie czuł już prawie niczego, jego ręce zmartwiały, nie miał siły podnieść głowy.
   Postumus Y Graves podszedł niespiesznie, zdjął pelerynę z kapturem, uprzednio odrzucając swą potężną kosę gdzieś na ziemię. Stanął nad pokonanym, patrzył jak zaczarowany, jak ucieka z niego krew, jak rana, którą przed chwilą mu zadał broczy, krwawi, jak z Herosa, kropla po kropli ucieka życie.
   Zerwał z siebie czarno-szarą bluzę, uśmiechając się triumfalnie, potem złapał umierającego za włosy, bezceremonialnie sięgnął ku jego piersi, zerwał ostrym ruchem złoty emblemat, który tam był. Paskudny uśmiech nie spełzał z jego twarzy, kiedy patrzył na świecącą złotem, stylizowaną literę „Y” wpisaną w kształt diamentu. Znamię na lewej połowie jego twarzy rozjaśniało czerwienią. Postumus Y Graves był górą. Czuł się niemal wdzięczny, czuł niemal sympatię do tej, która otruła jego przeciwnika, ułatwiając mu zadanie, ułatwiając mu wygraną.
- Pozwolisz, że przejmę interes, hę? – zapytał z drwiną w głosie, znów patrząc na Herosa.
   Tamten nie odpowiedział, tylko padł ciężko na bok, bezwładnie. Zwymiotował jeszcze raz. Leżał we własnej krwi, otruty, okaleczony, umierający.
   Graves podniósł z ziemi swoją kosę, stanął nad konającym. Jeszcze raz uśmiechnął się, jeszcze bardziej upiornie. Wziął głęboki zamach, jego oczy rozszerzyły się.
- Wybaczam ci... – usłyszał jeszcze z ust Herosa, zanim kosa zatoczyła krąg. Zanim czerwony warkocz krwi nie podążył za ostrzem.

img103.jpg


   Przemykanie między budynkami było dla niej męczące. Musiała mieć pewność, że nikt jej nie widzi, a każda sekunda, jaka upływała jej na upewnianiu się w tym – uważała za straconą. Przeklinała w duchu tempo, w jakim przyszło się jej poruszać. Skakała potem po dachach, w niesamowitych, niemożliwych w świecie realnym, pięciometrowych skokach.
   Ale w Piekle przecież nie ma granic. Żadnych.
   Śpieszyła się powoli. Wciąż nie mając pewności, czy jej wysiłki nie idą na marne. Wciąż nie wiedząc, czy Diamonda da się jeszcze uratować.

   Otworzył oczy, tylko po to, żeby za chwilę je zmrużyć, rażony światłem świecy. Złapał się oburącz za głowę, obolałą jak na ostrym kacu. Próbował wstać, poczuł, że plecy odzywają się tępym bólem, że cały kręgosłup jest jedną linią wściekłego, nieokiełznanego bólu. Wyczuł czyjś ruch, spojrzał. Przed jego oczami zamajaczyła sylwetka. Skupił wzrok, zobaczył koloratkę, znad której wyrastała sympatyczna twarz o przyjaznym spojrzeniu.
- Gdzie... Gdzie jestem? – wyszeptał, nie mogąc znaleźć w sobie siły na dobycie głośniejszej mowy.
- W bezpiecznym miejscu. – zapewnił ksiądz spokojnym głosem. – Już po wszystkim.
- Mortis...
- Nie, nie pokonałeś go. – przyznał po chwili ociągania. – Ale gra zakończona. Powiedzmy, że to był remis.
- Miasto...
- Jest bezpieczne. Cały świat jest znów bezpieczny. Ludzie nie muszą się już bać. – uśmiechnął się kapłan, kładąc na czole Gravesa zimny kompres. – Uratowałeś świat. Udało ci się. Choć wiele cię to kosztowało.
   Postumus zmusił się, by usiąść. Rozejrzał się mętnym wzrokiem. Był w kościele, siedział na ołtarzu z białego marmuru. Żył. Jednak żył. Ale czuł, że coś jest inaczej. Że wszystko jest inaczej.
- Jak wróciłem? – zapytał po chwili.
- Z łaski bożej zapewne. – zaśmiał się cicho ksiądz. – Bo dzięki Niemu, dzięki Proroctwu i Słowom, które zesłał mi we śnie mogłem sięgnąć w Otchłań, by pomóc ci wrócić.
- Czuję się... Słaby...
- Cóż, twoja moc... Potęga... Zostały tam. – szepnął, wiedząc, że będzie to dla niego cios. – Lecz miej wiarę, przyjacielu. Bóg zesłał cię nam, byś mógł ocalić nas wszystkich. Potem przysłał mnie, bym mógł ocalić ciebie. Przyjdzie czas, kiedy przyśle kogoś, kto pomoże ci odzyskać, co straciłeś.
   Graves ukrył twarz w dłoniach. I pierwszy raz, pierwszy raz w całym swoim życiu...
   Płakał.

   Stanęła w plątaninie ogromnych korzeni. Nie musiała się już ukrywać. Tu była niewidoczna, między pnączami szarego drzewa. Bo przecież najciemniej zawsze pod latarnią.
   Zadarła głowę, patrzyła w górę. Widziała jedyny ciemny punkt na pniu. Widziała swój cel, ale dzieliła ją od niego ładna odległość.
   Zsunęła z nóg miękkie buty z kożuszkiem na cholewie. Podciągnęła lekko czarną spódniczkę. Wyprostowała się, wyciągnęła dłonie przed siebie. Z jej palców u rąk i stóp, tak po prostu, wysunęły się ostre igiełki zakrzywionych, kocich pazurów.
   To przecież Piekło. Tu nie ma granic. Żadnych.
   Miarowo, sukcesywnie zaczęła wdrapywać się na drzewo.

   Nagłówki krzyczały do niego. Krzyczały „Bezsilny!”. Rzucały w oczy „Bez mocy!”. Darły duszę określeniem „Słaby!”. Podtytuły głoszące takie rzeczy, jak „Witaj w życiu zwykłych ludzi, Graves!”, czy „Samozwańczy następca Herosa – teraz tylko człowiek!”, odbierały mu resztki godności.
   Patrzył na te wszystkie gazety, w pierwszym momencie mając ochotę po prostu przewrócić kiosk do góry nogami. Potem złość uleciała. Przecież faktom nie zaprzeczę – pomyślał. Odwrócił się w stronę księdza, który podszedł trzymając pod pachą teczkę.
- Nic nie poradzę na braki twojej pamięci. – poinformował. – A to, to jest wszystko, co byłem w stanie na twój temat znaleźć. – podał teczkę Gravesowi. – Wychodzi na to, że jesteś bratem, chyba nawet bliźniakiem Herosa. Nie pytaj mnie o nazwisko, bo tego nikt nie wie. Resztę masz w środku.
- Dziękuję. – powiedział smutno, wertując kolejne kartki. – Za wszystko.
- Gdzie lecisz? – zapytał kapłan zerkając w stronę terminali.
- Nie wiem... – przyznał. – Kupię bilet... Gdzieś... I po prostu... Poszukam siebie. Na nowo.
- Mam kilka znajomości w Los Angeles. Może to ci w jakiś sposób pomoże?
- Naprawdę? Chce mi ksiądz pomóc po tym wszystkim...
- Piotr. – wyciągnął prawicę. – Nie mów do mnie per „księże”, bo aż mi głupio.
- Dziękuję... Piotrze.
- Leć do Los Angeles. Mam tam przyjaciół. Pomogą ci. W znalezieniu pracy. I Boga. We wszystkim.
- Jeszcze raz, dziękuję. – Postumus położył dłoń na ramieniu księdza. – Nie zapomnę ci tego, przyjacielu.
- Nie dziękuj. Pamiętaj tylko, że nieważne kim byłeś. Choćbyś był i synem samego Żniwiarza – uśmiechnął się zagadkowo. – to jest nieważne. Bo najważniejsze jest to, kim jesteś teraz.
- A kim jestem? – zapytał.
- Dla mnie, przyjacielu? Dla mnie, jesteś nieoszlifowanym diamentem.
- Los Angeles, powiadasz?

   Była tuż obok niego. Patrzyła na jego ręce, na przeguby, których żyły ciągnęły się, niczym pnącza wrastając w pień drzewa. Patrzyła na dłonie, których palce znikają, wrastają w korę. Spojrzała na nogi, których od kolan nie było już widać. Diamond był w tej chwili jednością z drzewem. I z każdą chwilą był w nim co raz głębiej.
   Złapała go za kołnierz, szarpnęła. Raz i jeszcze raz. Bez efektu. Przełożyła nogę, złapała się go oburącz, ciągnąc go ile sił.
   Materiał puścił. Zachwiała się, poleciała do tyłu tracąc przyczepność. Po chwili leciała już w dół, oniemiała, przerażona. Leciała w dół i zdawało jej się, że gdzieś z dołu, sunie ku niej jakiś kształt. Miała wrażenie, że to Żniwiarz leci jej na spotkanie.

   Butelka była już pusta, kiedy po raz nie wiadomo który ją przechylił. Wódka skończyła się, jak zwykle, z zaskoczenia. Rzucił pustym szkłem o ścianę. Odłamki rozprysły się na wszystkie strony. Podszedł chwiejnym krokiem do barku, wyjął kolejną butelkę, odbił łokciem, rozpieczętował, łyknął solidnie.
   Starał się jak mógł. Starał się wypełnić alkoholem poczucie pustki. Poczucie beznadziei. Poczucie bycia nikim i niczym. Starał się odgonić czymś to przejmujące uczucie, które podpowiadało mu, że już nic nie ma sensu. Że życie, które nie pieściło go wcale, nie musi się dalej ciągnąć.
   Zaklął na głos, pociągnął z flaszki. Zapalił kolejnego papierosa i rozejrzał się po mieszkaniu. Potem usiadł ciężko na kanapie, postawił butelkę na stoliku przed sobą.
   Spojrzał na zegarek. Czwarta w nocy. Nad ranem. Po prostu czwarta. Dla niego była to kolejna godzina, których w życiu miał za dużo. Za dużo takich samych, pełnych smutku godzin.
   Potrzebował kogoś. Kogoś obok. Kogoś, komu mógłby powiedzieć, że jest mu źle. Kogoś, kto mógłby go przytulić i okłamać, że wszystko będzie dobrze. Kogoś, kto byłby obok, kiedy w pijackim zwidzie będzie zasypiał. Kogoś, kto nie będzie go oceniał, a zaakceptuje go jakim jest... Zaakceptuje w nim tego „nikogo”, jakim się czuł. Potrzebował słów, dotyku, pocałunku, miłości. Potrzebował...
   Spojrzał w lustro wiszące na ścianie. Patrzył na samego siebie, pijanego, choć nadal zbyt trzeźwego. Patrzył w podkrążone oczy, przekrwione, pełne pustki i żalu. Patrzył na wymiętą czarną koszulę, na pognieciony, poluzowany czerwony krawat. Patrzył na odznakę kapelana policyjnego błyszczącą przy pasku. Patrzył na siebie.
- Nienawidzę cię. – powiedział chwytając butelkę wódki, wciąż patrząc we własne odbicie. – Nienawidzę cię, sukinsynu. Nienawidzę twojej słabości. Twojego pieprzonego smutku. Nienawidzę tej twojej dumy, która nie pozwala ci na proszenie innych o pomoc. Nienawidzę tej twojej kurewskiej pustki w duszy. Nienawidzę twojego smutku. Nienawidzę cię, ty pierdolony...
   Rzucił butelką w lustro. Kawałki szkła brzęknęły na podłodze, niby cicha muzyka do snu. Nie powstrzymywał łez. Nie umiał. Nie tej nocy.
- Nienawidzę cię! – wrzasnął. – Ciebie i tych twoich durnych potrzeb! – złapał krawędź blatu, zacisnął dłonie aż zbielały knykcie. – Miłość? A kto cię zechce? Ty mały, żałosny człowieczku! Żałosny skurwielu!
   Szarpnął się do góry, rzucił stolikiem o szafę. Doskoczył, uderzył pięścią, drzwi trzasnęły pod siłą ciosu. Obrócił się, dopadł ściany. Zaczął uderzać, miarowo, tak mocno, jak potrafił. Bił pięściami w mur, póki farba i tynk nie odsłoniły czerwieni cegły, którą on zaczął plamić czerwienią krwi.
- Żebyś tak zdechł! – wrzasnął.
   Potem osunął się na klęczki, oparł czoło o ścianę. Płakał, bo już nie miał siły. Płakał, bo nienawidził siebie za swoje słabości, za swoje potrzeby. Płakał, bo nic innego mu nie zostało.
   I nagle zaczął słuchać tego z pozoru cichego, wewnętrznego głosu, który mu podpowiadał, że nie musi tak dalej być. Że wystarczy żyletka, nóż, prochy. Że może zapić się na śmierć. Albo po prostu...
- Boże... Miej litość nade mną... Bo ja już jej nie mam...

   Spadała. Zamknęła oczy, kiedy podnóże drzewa zbliżyło się za bardzo. Nie mogła znieść myśli, że tu właśnie skończy się jej żywot. W Piekle.
   Potem, ku jej zaskoczeniu, nie poczuła uderzenia zimnego betonu. Zamiast tego otoczyły ją silne, męskie ramiona. Dotyk był delikatny. Ktoś ją przechwycił. I to nie był Żniwiarz, bo on nie dotyka swych ofiar z taką ostrożnością.
   Otworzyła oczy, spojrzała w szare, szczere oczy, które się do niej uśmiechały.
- Pewnie każdy facet cię o to pyta – powiedział uśmiechając się rozbrajająco. – ale co taka Kocica jak ty robi w takim Piekle jak to, spadając z tak wysokiego drzewa?
   Oniemiała. Bo zupełnie nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć nieboszczykowi.
  • awatar Morrigu: No to oficjalnie doprowadziłeś mnie do łez... Poza tym... chyba się pogubiłam. Retrospekcja?
  • awatar Łasica: kiedy kolejna część??
Pokaż wszystkie (2) ›
 

codd
 
Większość osób, z którymi miałem okazję porozmawiać na temat opowiadania, którego części kolejno tu zamieszczam, nie tyle wytykały mi błędy, co dzieliły się ze mną dość ciekawymi uwagami, za co wdzięczny jestem niezmiernie. Jednak pragnę zaznaczyć, że co poniektórzy zapoznają się z treścią "Miasta..." nie przy pośrednictwie niniejszego bloga, lecz w formie, nazwijmy to "newslettera", czyli przesyłam im "działy" via mail (nie jest to coś, co mi do końca opowiada, bo zajmuje dość sporo czasu i chciałbym to w przyszłości zmienić).
Ale do rzeczy. Sprawą "gryzącą" większość Czytelników jest (nomen omen) biały pies. "Co to za pies?", "Jakie ma znaczenie dla opowiadania, dla akcji?", "Czy jest istotny dla całokształtu, czy wypełnia tylko marne wstawki jako tło?" - to najczęściej (mniej więcej) zadawane pytania na temat białego czworonoga. Odpowiedzieć do końca nie tyle co "nie umiem", co nie chcę, nie powinienem, coby nie zdradzić ciągu dalszego. Więc na razie niech pies będzie tylko psem, a czy on taki ważny - okaże się później. Wiem, że nie zaspokoiłem tu ciekawości niczyjej, ale nie zwykłem zdradzać "co będzie dalej", bo nie chcę psuć zamierzonego efektu.
Kolejną sprawą jest "podobieństwo" do niektórych komiksów, filmów, dzieł literackich. Choćby i do "Constantine" (mówię o części siódmej "Miasta..."). Przyznaję, że podobieństwo istnieje, zważywszy na to, jaką Podróż odbył główny bohater. Jednak klnę się na wszystko, że podobieństwo to było całkowicie przypadkowe, a "wyjaśnienie" sprawi, że wrażenie "plagiatu" zniknie zupełnie.
Idąc dalej: "Czemu główny bohater pochodzi z LA, no i czemu imiona pozostałych bohaterów nie brzmią normalnie, po polsku?". Szczerze powiedziawszy pragnę za wszelką cenę uniknąć zarzutów takich jak "opowiadanie trąci Krysią - Marysią", a z drugiej strony nie chcę przegiąć z "zagranicznością". Wystarczy, że cała akcja toczy się w moim rodzinnym mieście, zaznaczam, że nie określiłem czy w przyszłości, czy po prostu w alternatywnej rzeczywistości (kwestia interpretacji), więc nie uważam za konieczne lokalizacji także imion, żeńskich i męskich. Diamond natomiast jest przybyszem z Los Angeles, bo musiałem go stamtąd "ściągnąć", tego wymagała fabuła. A wybrałem LA, bo przyznam szczerze - zawsze chciałem to miasto zwiedzić.

Dalsze pytania, jakie by nie były, przyjmuję oczywiście i z chęcią na nie odpowiadam. Zazwyczaj enigmatycznie, ale cóż poradzić? Nie można zdradzać wszystkiego.

Życzę miłej lektury!

Autor.

P.S. Bardzo obłudnie przepraszam, ale powyższy "Przerywnik" uznałem poniekąd za konieczny. Obiecuję, skrzyżowawszy palce, iż "Antrakty" będą rzadkością.
 

codd
 
VIII.

   Ciemność zaczęła się rozrzedzać. Niczym czarna mgła – przechodziła w odcienie szarości, brudnego dymu. Cisza dzwoniła w uszach, przyprawiała o zawroty głowy. Wrażenie było tak nagłe, że zachwiał się, nieomal upadł. Z trudem utrzymał równowagę, rozglądając się, mrugając nerwowo.
   Nie tak pamiętał to miejsce. Nie tak zapisało się w jego pamięci, o ile jakikolwiek zapis istniał. Gdzieś w głębi umysłu widniały jakieś skrawki, urywki wspomnień, niejasne, zmazane obrazy, czy raczej wrażenia, odczucia. Ale to, co widział teraz, nie zgadzało się z tym, co było kiedyś. Widać nawet tak zwane Piekło się zmienia.
   Nie było płomieni, siarki, smoły, ani rogatych diabłów. Nie było kamiennego sklepienia, niczym w ogromnej jaskini, nie było dymu. Była mgła, tak samo szara, jak wszystko wokół. Ulice, wierne odzwierciedlenie warszawskiego Centrum, były nijakie w barwach, wyblakłe, matowe, suche, pokryte brudnym popiołem. Zamiast Pałacu Pod Wezwaniem Świętego Józefa, widział ogromne, wyschnięte drzewo, wyciągające swe groteskowe gałęzie na wszystkie strony, dzieląc widnokrąg niczym pajęczyna pęknięć.
   Nie musiał widzieć swojego odbicia, żeby wiedzieć jak wygląda. Wyglądał tak, jak się czuł. Staro. Czuł, że jego twarz pokryta była zmarszczkami, szczeciną szpakowatego zarostu. Zresztą, tu nie było żadnej powierzchni, w której mógłby się przejrzeć. Przygładził więc pomięty krawat, który nie wiadomo skąd się wziął na jego szyi, strzepnął popiół z rękawa płaszcza, którego jeszcze przed chwilą na sobie nie miał. Przeczesał szarą, wyblakłą dłonią szare, wyblakłe włosy i ruszył przed siebie. W stronę Drzewa.

- Jak sobie radzi?
- Trudno powiedzieć. – odrzekł cicho ksiądz. – Dopiero wyruszył.
- Módl się za niego, księże. – powiedziała patrząc na zmartwiałe, nieruchome ciało leżące na ołtarzu. – Bo teraz wszystko zależy od niego.
- A jeśli nie wróci?
- To był jego wybór. Ale dobrze ksiądz zrobił wzywając mnie. Mimo wszystko, postaram się jakoś pomóc.
- Chyba nie zamierzasz...
- To też mój wybór. Ale nie, nie zamierzam, jeszcze nie. – uśmiechnęła się nieznacznie. – Jak na razie nie ma takiej potrzeby.

   Zagrodzili mu drogę, stając w ławę, w poprzek ulicy. Szare odbicie Marszałkowskiej, którym podążał, zostało dokładnie odcięte. Nie mógł się też cofnąć, widząc, że stanęli również za jego plecami. I na dachach budynków. Byli wszędzie. Okrążyli go dokumentnie.
   Diamond spokojnie przyglądał się twarzom bez wyrazu, pociągłym, białym, beznosym, bez ust. Patrzył w puste oczodoły, tuż pod kościanymi wyrostkami. Czarne sylwetki były nieruchome, ale wiedział, że są gotowi na wszystko, że mogą poruszać się niczym cienie, szybciej, niż myśl.
   Z tłumu, niczym z czarnego morza smoły, wyłoniła się kolejna, wyróżniająca się postać. Czarna peleryna ciągnęła się po brudnej nawierzchni, kiedy postać szła ku niemu, uśmiechając się zagadkowo. Diamond dopiero teraz zauważył, że to jedyna twarz z ustami w zasięgu wzroku.
- Witaj, Graves. – powiedziała postać. – Witaj ponownie.
   Diamond zrozumiał z kim ma do czynienia. W pierwszym momencie go nie rozpoznał, zapamiętał go zupełnie inaczej. Ale teraz już wiedział kto przed nim stoi. Ale nie skłonił się, nie ukorzył.
- Cóż cię tu sprowadza? – usłyszał.
- Sam wiesz najlepiej. – uśmiechnął się bezczelnie. – Przecież Zgon wie wszystko. Czy może coś się zmieniło?
- Bezczelny jak zawsze. – parsknął Żniwiarz. – Kiedyś może cię to drogo kosztować.
- Och, doprawdy?
- Szukasz mojego syna. – powiedział nagle, zmieniając temat. – Nie ma go tu.
- Wiem. – przytaknął Diamond, wcale nie zaskoczony bezpośredniością rozmówcy. – Ale nie szukam jego, tylko odpowiedzi.
- Odpowiedzi. – Zgon zdawał się kosztować to słowo. – One nie zawsze istnieją. Bo niektóre pytania nie mają odpowiedzi.
- Czego on chce?
- Wiesz przecież.
- Tak, chyba wiem. – Diamond uśmiechnął się, patrząc prosto w czarne oczy Żniwiarza. – Znów się zbuntował, co? – zaśmiał się krótko. – Znów ma gdzieś twoje nakazy i zakazy?
- Twoja bezczelność – warknął Zgon. – robi się irytująca na dłuższą metę.
- Kto za nim poszedł? – kapelan nie przejął się ani trochę. – Kogo za nim wysłałeś? Kto przyłączył się do naszej gry?
   Tłum czarnych postaci zafalował, zaszumiał. Wiedział, że wystarczy jedno słowo ich pana, a nie wyjdzie stąd żyw. Tak, jakby ktokolwiek mógł ujść z życiem z Piekła.
- To, że jesteś w domu, nie oznacza, że jesteś bezkarny. – ostrzegł Żniwiarz. – Nie masz tu żadnego immunitetu.
   Diamond zbystrzał. W domu? Jak to, w domu?
- Ach, zaskoczony? – pan Piekieł uśmiechnął się kpiąco. – Widzę, ze nie tylko twoja potęga odeszła w niepamięć. Nie pamiętasz kim jesteś? Skąd jesteś? Gdzie i z czyjej agonii się zrodziłeś?
- Łgarz. – skwitował. – Bawisz się ze mną. Próbujesz mieszać w mojej i tak chorej głowie. – zacisnął zęby, próbował powstrzymać złość. – Wiem kim jestem i kim byłem w przeszłości. Nie sprawisz, by urosło to do rozmiarów piekielnych.
- Synu mój, nie wyrzekniesz się prawdy. – Zgon uniósł rękę, nakazując swym poddanym spokój. Zaczął przechadzać się, krążąc spokojnym krokiem wokół Diamonda. – Czemuż miałbym kłamać? Jaki miałbym w tym cel? Przecież od kłamstw, od czynienia, tak powszechnie zwanego „zła” mam poddanych, swoje demony. „Diabły”, jeśli wolisz taką pospolitą nazwę. Ja tylko tu rządzę, ja tylko zbieram dusze, oddaje je na wieczne potępienie. Ja nie mogę, nie umiem wręcz kłamać. – przystanął, założył szponiaste dłonie za plecy. – Widzę, jak się zżymasz, żeby mi nie wierzyć. Jak walczysz z akceptacją prawdy. Lecz co ci to da? Nie jesteś, nigdy nie byłeś jego bratem. Jesteś jego odbiciem w krzywym zwierciadle. Jesteś moim synem.
- Kłamca! – wrzasnął Diamond rzucając się na Zgon, wyciągając ręce ku jego szyi.
   Żniwiarz zręcznie odsunął się, jakby od niechcenia. Jego ruch był niemal niewidoczny, poruszał się niezwykle szybko. Diamond wyłożył się na ulicy, padł brzuchem w popiół.
- Tu, w miejscu, gdzie jeden twój oddech może trwać sekundy, a może trwać i wieczność, chcesz mi grozić? – zakpił pan Piekła. – Chcesz ze mną walczyć? Może chcesz mnie zabić? Mnie, pana życia i śmierci? Śmieszny, mały człowieku...
- Tak, „człowieku”. – warknął Diamond wstając. – Jestem człowiekiem. Dziękuję – uśmiechnął się triumfalnie. – za to, że to potwierdziłeś.
- Twoje słowne gry nie mają znaczenia. – Zgon ziewnął demonstracyjnie. – Nie zmienisz tego, kim jesteś.
- Ty też tego nie zmienisz.
   W jego dłoni, nie wiedzieć skąd, pojawił się miecz. Miecz dość nietypowy, bo jego głownię stanowiło skrócone ostrze bardzo szerokiej kosy. Ten sam miecz, w prawdziwym świecie, wśród żywych, dzierżył kiedyś jako ktoś zupełnie inny. Jako bohater, o którym zapomniano. Jako bohater, który chciał zastąpić kogoś innego, kogoś, kogo zastąpić było nie sposób. Ten miecz już nie istniał, przynajmniej nie pośród ludzi. Ale tu, w Piekle, musiał istnieć, bo tu nie miało znaczenia co jest materialne. Tu miało znaczenie tylko to, co...
- Kogo wysłałeś? – powtórzył pytanie Diamond, bezceremonialnie wracając do tematu, od którego odbiegli. – Powiesz mi, czy mam ci ten kurwi dołek rozpieprzyć?
- Grozisz mi?
- Nie, kurwa. Ja cię tylko proszę o prostą odpowiedź na proste pytanie.
- Dowiedziałeś się więcej, niż przypuszczałeś. – Zgon odwrócił się do niego plecami, szedł powoli w stronę tłumu. – Więcej się nie dowiesz. Chociaż – przystanął na chwilkę. – ciekaw jestem co masz zamiar dalej zrobić, nie będę się temu przyglądał. Twoja osoba mnie znudziła. Twoje słowa, pytania, również. – dokończył monotonnym głosem i zniknął.
   A tłum zaczął się niebezpiecznie zbliżać.

- Jesteś pewna? – zapytał patrząc, jak kładzie się na ołtarzu obok Diamonda.
- Ile razy ksiądz mnie jeszcze o to zapyta? – warknęła niecierpliwie. – Do jasnej i nagłej cholery! Jestem pewna! Zaczynajmy!
   Chwilę później, nieledwie kilka uderzeń serca później, ruszyła w Podróż, w ślad za Diamondem.
  • awatar Golden Arrow: diament czy warto za nim podążać? blaskiem świeci tylko w odpowiednim świetle
Pokaż wszystkie (1) ›
 

codd
 
VII.

   Zamknął drzwi na klucz. Zamek, już wiekowy, nie stanowiłby przeszkody dla nawet najmarniejszego włamywacza, wystarczyłby jeden mocniejszy kopniak. Ale nie martwił się o to. Bo kto w tym kraju zechciałby włamać się do kościoła? Chyba tylko samobójca. Ale taki prędzej powiesiłby się na latarni miejskiej, zamiast narażać się na eksterminację ze strony Funkcjonariuszy. Co prawda ta myśl go uspokajała, bo dzięki temu jego mały przybytek, jego mała trzódka była bezpieczna, a z drugiej strony był za wolnością wyboru, za wolnością wyznania. Oczywiście nie mówił tego głośno. Był księdzem, ale nie był idiotą. Nie brak było zazdrosnych ludzi w tym mieście, ktoś na pewno by go podkablował. Jak amen w pacierzu.
   Schował mosiężny klucz do kieszeni, poprawił wełniany płaszcz i już miał iść w stronę zaparkowanego nieopodal samochodu, kiedy ktoś złapał go za ramię. Krzyk uwiązł mu w gardle, odwrócił się przerażony i zobaczył uśmiechniętą, zmęczoną twarz. Znał ten uśmiech. Znał te oczy, radosne, ukrywające duszę niespokojną, niczym ocean podczas sztormu.
- Jezusie Chrystusie, aleś mnie wystraszył. – odetchnął z ulgą, łapiąc rękę trzymającą jego ramię.
- „Jezusie”? – uśmiechnął się krzywo Diamond. – A ja nawet przecież niepodobny. W ogóle.
   Ksiądz zignorował zaczepkę i objął przyjaciela, poklepał serdecznie po plecach. Odsunął się, otaksował go wzrokiem, od butów po czubek głowy.
- Wyglądasz jak wcielenie Apokalipsy, przyjacielu. – skwitował żartobliwym tonem. – Mogłeś uprzedzić, że przylecisz, naszykowałbym jakiś obiad. A tak, mogę ci tylko zaproponować knajpkę za rogiem...
- Innym razem, ojcze. – Diamond nie spuścił wzroku. – Teraz są ważniejsze sprawy. Palące sprawy, rzekłbym. Diabelnie palące nawet, jeśli ojciec wie, co mam na myśli.
- Tak, tak, tak. – przytaknął skwapliwie, chwytając w lot. – Ale nie tytułuj mnie „ojcem”, bo aż mi głupio. Wejdźmy. – rzekł wyciągając znów klucz z kieszeni. – Do knajpy pójdziemy innym razem. Jak sam mawiasz: „są rzeczy ważne i bardzo ważne.”

   Usiedli na ławeczce, w środkowym rzędzie, twarzami do ołtarza. Diamond, w przeciwieństwie do księdza nie przeżegnał się. Patrzył tylko na krzyż pod ścianą, na umęczoną podobiznę Jezusa.
- Pomyśleć, że On cierpiał za nas wszystkich. – rzekł sentencjonalnie. – A my tak Mu się odwdzięczamy.
- Tak. Rasa ludzka jest samolubna. – przyznał ksiądz z cicha. – Ale są wyjątki.
- On umarł i zmartwychwstał... Wiesz, byłem dziś na grobie... Na grobie... – nie umiał znaleźć odpowiednich słów. – Czemu i on nie zmartwychwstał?
- Tak, umarł jako i On umarł, oddając swoje życie za innych. Za ciebie też.
- Wątpiłem w to, wiesz? Nie mieściło mi się to w głowie. – wyznał Diamond spuszczając wzrok. – Przecież ja sam go... Zaraz po tym, kiedy ona...
- Wiem. – ksiądz przerwał mu łagodnie, kładąc rękę na jego ramieniu. – Wiem o tym. Ale teraz już nie wątpisz. Teraz już wszyscy wiedzą. Ale tylko nieliczni wyciągnęli z tego naukę. Tylko nieliczni, jak ty, czy ja, wiedzą jak wielkie było to poświęcenie.
- Żałuję, że tak wyszło. Wolałbym, żeby on był teraz na moim miejscu. Nie, źle mówię... – zastanowił się nad własnymi słowami. – Wolałbym być wtedy na jego miejscu. Nie jako heros, nie chodzi mi o bohaterską śmierć... – spojrzał w oczy księdza. – Wolałbym po prostu, żeby żył. Może wtedy świat wyglądałby inaczej?
- Z pewnością. Lecz czasu nie cofniemy. Odszedł, ale przecież jest z nami duchem. Jako wzór do naśladowania. Póki o nim pamiętamy, on przy nas będzie.
- Mimo wszystko, żałuję.
- Wszyscy żałujemy.
   Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu. Diamond ze spuszczoną głową, jakby pogrążony w modlitwie. Jego przyjaciel zdjął koloratkę, przetarł dłonią zdrętwiały kark, westchnął z cicha.
- Wróćmy do spraw... Bieżących. – zaproponował nieśmiało, przerywając krępującą ciszę.
- Tak, wróćmy. – zgodził się Diamond, odkaszlnął silnie w pięść. – Muszę udać się w Podróż. I tylko ty mi możesz w tym pomóc.
   Znów zapanowała cisza. Słabo oświetlone wnętrze kościoła jakby potęgowało atmosferę rozmowy i rzeczy, które miały się tu za chwilę stać.
- Nie mogę ci tego zabronić. – przyznał niechętnie ksiądz. – I nie odmówię pomocy, ale mogę cię jednak ostrzec. Zdajesz sobie sprawę na co się porywasz?
- Już tam byłem.
- I ledwo wróciłeś. – przypomniał. – Wróciłeś bez...
- Wiem przecież. Pamiętam.
- Po co chcesz tam iść? Co chcesz tam znaleźć?
- Odpowiedzi.
- Wiesz, że możesz nie dowiedzieć się niczego? Albo, co gorsza, dowiedzieć się za dużo?
- Wiem. Ale zaryzykuję.
- Nie ma innego sposobu? Nie masz innych... Opcji?
- Może i mam. Ale te inne „opcje” zajęłyby mi zbyt wiele czasu. A czasu mam mało. Muszę działać szybko, to mój ruch i muszę wykorzystać to najlepiej, jak mogę.
- Znów z tobą gra. – stwierdził, nie zapytał, bawiąc się trzymaną w dłoni koloratką.
   Diamond wstał, podszedł do ołtarza, po drodze zdjął kurtkę i rozwiązał krawat. Odłożył je na jedną z ławeczek, obok położył swoją odznakę. Owinął różaniec wokół pięści, jakby chciał go użyć jako kastetu, skinął na księdza.
- Zaczynajmy. – powiedział.
   Usiadł, potem położył się na ołtarzu, złożył dłonie na klatce piersiowej. Zamknął oczy oddychając głęboko, szykując się do Podróży. Modlił się jednocześnie, żeby nie okazała się jego ostatnią.
- Gotów? – zapytał go ksiądz zza kotary zamkniętych powiek.
- Urodziłem się gotów.
- Tak... Wiem. – odparł.
   I zanim zdziwiony tą odpowiedzią Diamond zdążył zapytać o cokolwiek, ciemność pogłębiła się po stokroć. Dźwięki topniały w uszach, przechodząc w dudnienie. Słyszał bicie swojego serca, ale jakby z oddali, zza ściany. Potem ten dźwięk oddalał się co raz bardziej i bardziej. I nastała cisza. Cisza, której nie sposób opisać w słowach. Cisza i ciemność absolutne.
   Diamond ruszył w Podróż.

   Biały, wielki pies chwilę węszył pod drzwiami, niuchał niecierpliwie, jakby chciał wszystkie zapachy zagarnąć tylko dla siebie. Potem zadarł masywny łeb, spojrzał brązowymi oczyma na budynek kościoła. Nie musiał widzieć co działo się w środku, on to po prostu czuł. Czy raczej wyczuwał swoim psim instynktem, jak zresztą wyczułoby to każde inne zwierzę na świecie. Wyczuł wędrówkę, wyczuł Podróż, która zaczęła się w tym budynku.
   Przekrzywił z zaciekawieniem kwadratowy pysk, przysiadł na zadzie bez ogona, westchnął po psiemu i po prostu czekał. Jak przystało na dorosłego psa, wiedział, że cierpliwość jest cnotą. I może on cierpliwy tak do końca nigdy nie był, ale tym razem nie miał innego wyjścia.
 

codd
 
VI.

- No żesz cholera jasna!
   Trzonek szpadla złamał się z trzaskiem, robotnik wyłożył się na trawie jak długi. Diamond zachował milczenie, choć komentarz cisnął mu się upierdliwie na usta. Tymczasem Gregor ze skóry wyłaził, żeby tylko pokazać, że panuje nad sytuacją. Choć do panowania nad nią było mu bardzo daleko.
   Kapelan podszedł do jednego z Funkcjonariuszy, młodego, krótko ostrzyżonego blondyna w czapce z daszkiem, stojącego na baczność przez cały czas.
- Kto ci kij w tyłek wsadził? – zakpił patrząc na odznakę z krzyżem. – No, żarcik taki. Dawaj ten szpadel.
   Tamten spojrzał na niego ze zdziwieniem w oczach. Grogor przyskoczył, stanął między nimi, jakby chciał zapobiec bójce.
- Jak to tak? – zapytał z przerażeniem w głosie. – Pan chce kopać?
- A co to za filozofia? – zdziwił się Diamond. – Widzę jak się męczycie, więc was wyręczę.
- Ale pan? Kapelan? Gość z Los Angeles...
- Gregor, nie właź mi tak w tyłek, bo zaraz nie będzie wiadomo gdzie ja się kończę a ty zaczynasz. – zaśmiał się z politowaniem. – Dawaj mi ten szpadel, szybciej będzie.
   Wyrwał narzędzie z rąk Funkcjonariusza, nadal stojącego na baczność. Wskoczył do płytkiego dość dołu, który z trudem wykopali robotnicy, zdjął kurtkę i krawat, sam zabrał się do roboty. Gregor z niepokojem patrzył na miny zebranych podwładnych i robotników. Każdy taktownie udawał, że interesuje go krajobraz, a nie to, co robi kapelan.
- O, jest! – krzyknął Diamond, kiedy szpadel uderzył o wieko trumny. – No, teraz to chyba sobie poradzicie?
   Widząc reakcję ludzi, wyskoczył z grobu, sięgnął po liny leżące na trawie, gestem nakazał dwóm ludziom wskoczyć do dołu, przełożyć sznur pod trumną. Po chwili już wyciągali ją na trawnik. Diamond podszedł z łomem, podważył wieko. Ze środka wydostał się mdlący smród rozkładu.
- Ile czasu tu leży? – zapytał oglądając ciało.
- Nieco ponad dwie doby. – odrzekł przewodnik.
   Głowa trupa, jasną nicią przyfastrygowana do korpusu, była jakby wybrakowana. Najbardziej rzucał się w oczy brak lewego policzka i jednego oka. Cała twarz nosiła ślady ciężkiego poparzenia.
- Kiedy ich znaleźliście, jak toto wyglądało? – wskazał na oparzenia.
- Cuchnęło palonym mięsem. – powiedział beznamiętnie Funkcjonariusz, ten stojący na baczność. – Cała twarz była pokryta zielonymi bąblami.
- Zielonymi? – mruknął Diamond. – Jeszcze coś?
- Kiedy się pan przyjrzy, panie kapelanie, dostrzeże pan, że oparzenie ma kształt...
- Dłoni. – dokończył spokojnie za niego. – Tak, to widzę. Musiałem się tylko upewnić. Wszystkie zwłoki tak wyglądają?
- Nie. – zaprzeczył Gregor. – Ciało kobiety, która zginęła na piętrze jest w całości, nawet nie skaleczone. Ale ma oparzenie na potylicy. Wypaliło jej włosy i skórę, dotarło do mózgu...
- Aha. – podsumował Diamond. – Czyli metod nie zmienił. Nic nowego, same stare numery.
- Słucham?
- Tak tylko głośno myślę. – westchnął zamykając wieko trumny. – Dobra, zakopać.
- Tak już? – zdziwił się Funkcjonariusz. – Bez namaszczenia?
- Matko jedyna... – pokręcił głową z rezygnacją. – Namaszczaj jak chcesz. Ale zakop. Teraz chcę zobaczyć zwłoki tej kobiety.
   Pół godziny później wyciągali kolejną trumnę. Gregor postanowił wyręczyć kapelana, podważył wieko, z trudem je uniósł. Potem zamarł w zdumieniu. A potem jęknął.
- O Jezu...
- O Chryste. – zawtórował któryś robotnik.
- O Matko. – dodał Funkcjonariusz.
- O kurwa. – skwitował Diamond.
   Trumna była pusta. Na poduszce, na której powinna spoczywać głowa zmarłej leżało pudełko zapałek i mała koperta. Kapelan podniósł ją ostrożnie, otworzył i wyjął ze środka karteczkę. Na niej napisane były tylko trzy litery.
„P.Y.G.”
- „Świnia”? – zdziwił się Gregor. – Ale powinno być przez „I”, nieprawdaż?
- Sherlock z ciebie, niech cię drzwi ścisną. – mruknął Diamond.
- No to o co chodzi?
- To tylko mała wiadomość dla mnie.
- Od tej kobiety? – blond Funkcjonariusz podrapał się z chrzęstem pod czapką.
- Tak, od zmarłej wiadomości dostaję. – kapelan przewrócił oczyma. – Zawsze mi je zostawia w trumnie, kiedy idzie na spacer po cmentarzu.
- O Jezu! – jeden z robotników zaczął się rozglądać wokół, w jego oczach był strach.
- Czyście zdurnieli do reszty? – Diamond nie mógł pojąć ogromu ciemnoty tych ludzi.
- Sam pan powiedział...
- A słowo „sarkazm” znasz? Nie odpowiadaj! – podniósł rękę z wyprostowanym palcem wskazującym. – Trup zniknął, sam nie wstał. Wniosek?
- Ktoś... Ktoś zabrał?
- Brawo. Kto?
- Hmm... Sprawca? Znaczy, morderca?
- Bardzo dobrze. – Diamond uśmiechnął się, niczym nauczyciel dumny ze swego ucznia.
- Ale po co?
- A to, moi drodzy, kolejna zagadka, którą przyjdzie nam jeszcze rozwikłać. – podniósł pudełko zapałek z trumny. – Zróbcie tu porządek, ja mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. – założył kurtkę, zawiązał krawat. – Gregor, jak tylko będziesz miał jakieś informacje z centrali, dzwoń do mnie.
- Znów gdzieś pan znika?
- Można tak powiedzieć.
- A można wiedzieć gdzie?
- Powiedzmy, że będę tam, gdzie pastor powinien zaczynać każde śledztwo.

   Wybiegł przez drzwi co sił w nogach, przeskoczył przez resztki zgniłego żywopłotu, przewrócił się o śliski krawężnik. Obejrzał się przez ramię. Nie widział, żeby ktokolwiek szedł za nim, tylne drzwi, którymi wybiegł były otwarte na oścież, ale nikogo nie widział. Odetchnął, ale nie uspokoił się ani trochę. Pośpiesznie wstał, wyciągnął z kieszeni telefon i wizytówkę. Ręce trzęsły mu się jak w febrze, utrudniając wybieranie numeru. Pomylił się kilka razy. Już miał nacisnąć potwierdzenie, kiedy wyczuł czyjąś obecność. Powoli odwrócił głowę. A potem poczuł ból, na całej twarzy. Oczy eksplodowały, białka zakipiały w oczodołach. Chciał krzyknąć, ale gardło i język dosłownie wyschły na wiór. A potem zaczęły płonąć.
   Padł na chodnik bez życia. Telefon wypadł z martwej ręki, odbił się od podłoża gubiąc baterię, wylądował na kracie studzienki ściekowej. Mały kartonik z imieniem, nazwiskiem i numerem kontaktowym, goniony wiatrem, zniknął gdzieś w ciemności zaułka, spadł w kałużę, nasiąkł wodą i brudem. Litery zamazały się momentalnie.
   Smród palonego mięsa zmieszał się z odorem miasta. A obrzydliwy, lepki dźwięk przecinanych kręgów szyjnych wplótł się w ciężką ciszę poranka.
 

codd
 
V.

   Z daleka widział jak robotnicy rozładowują z ciężarówki koparkę. Zablokowali całą ulicę, bo pobocze pod cmentarzem okazało się o niebo za małe, żeby pomieścić ciężki sprzęt. Wokół kręcili się Funkcjonariusze, zawracając samochody, które próbowały przejechać tą drogą.
   Wyjął spod koszuli nieśmiertelnik, otworzył portfel z odznaką, przewiesił go przez łańcuszek, blachą do wierzchu, przeszedł bezceremonialnie obok blokady, nie zatrzymywany przez nikogo. Doszedł do znanego mu już samochodu, obok którego stał jego przewodnik, z oślimi uszami przypatrując się całemu temu rozgardiaszowi.
- Gregor? – zagadnął kapelan. – Co to wszystko ma znaczyć?
- O, czekałem na pana, panie Diamond. – odpowiedział zaskoczony. – To? To sprzęt potrzebny do wykopania trumien ze zwłokami, które życzył pan sobie obejrzeć.
- A nie wystarczyłoby kilku chłopa ze szpadlami?
   Przewodnik zdębiał. Widać nie wszyscy wyznają zasadę głoszącą, iż czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. Diamond uśmiechnął się z politowaniem, zapalił papierosa.
- Aż nie skomentuję. – zapewnił. – Jakieś wieści z centrali? Byłeś? Sprawdzałeś raporty?
- Jak na razie cisza. Musiałem przyjechać tutaj, żeby wszystkiego dopilnować, ale informują mnie na bieżąco.
- Bardzo dobrze. – powiedział i mógłby przysiądz, że widział wyraz ulgi na twarzy Gregora. – Cholera, zimno jak w psiarni. – dodał otulając się szczelniej płaszczem.
- Jak zawsze nad ranem. Po piątej już. Jeśli pan chce, proszę wziąć kurtkę z bagażnika. – wskazał kciukiem samochód za sobą.
   Diamond podszedł do tylniej klapy, podniósł ją z trudem. W środku zobaczył apteczkę, zapasowe koło, dwie dwururki, metalowy krzyż i czarną, pikowaną kurtę, którą natychmiast założył na siebie zamiast płaszcza.
- Zawsze wozisz ze sobą tyle rzeczy? – zapytał zapinając suwak. – Strzelby? Krzyż?
- Standardowe wyposażenie każdego samochodu służbowego. – wzruszył ramionami przewodnik.
- Ale lewarka nie macie. – zaśmiał się patrząc na zdziwioną minę kierowcy stojącego po drugiej stronie wozu. Zerknął na robotników wciąż siłujących się z koparką. – Dobra, niech się bawią ile chcą, ja nie mam tyle czasu. W tym tempie, to nas południe zastanie. Zbierz kilku ludzi z łopatami i do roboty.
- Gdzie pan idzie?
- Odwiedzić znajomego. – odpowiedział kierując się do frontowej furtki wejściowej na cmentarz. – Zaraz do was dołączę. Zacznijcie beze mnie.
   Ruszył główną aleją, licząc skrzyżowania i rzędy. W końcu zakręcił w prawo, znów licząc. Dotarł do starego, powyginanego w chiński paragraf drzewa, za którym zakręcił w lewo, docierając do zaniedbanej, niemal niewidocznej żwirowej alejki. Na jej końcu, pod parasolem rozłożystych gałęzi dębu stał nagrobek. Zatrzymał się kilka kroków przed nim, wyrzucił papierosa. Schował ręce w kieszenie.
- Witaj. – szepnął patrząc na epitafium wyryte w płycie. – Kopę lat, nieprawdaż?
   Oczywiście, nikt mu nie odpowiedział.
- Przyszedłem, bo... Bo myślę, że winien ci jestem przeprosiny. Za wszystko. Miałeś rację, wtedy, kiedy mówiłeś o tym, że ludzie się zmieniają. Ja się zmieniłem, widzisz? No, może nie tak zupełnie, ale przecież zmieniłem się...
   Niespodziewany podmuch wiatru uderzył go w plecy, jakby podpychając go bliżej nagrobka. Diamond postąpił dwa małe kroki.
- Tak, miałeś rację... Choć przecież nie zawsze, nie ze wszystkim. Wierzyłeś w miłość. W drugą szansę. W przebaczenie. W końcu przebaczyłeś i mnie, mimo tego, co ci zrobiłem. Nawet i jej przebaczyłeś. Choć myślę, że nie powinieneś... Ona... Ja... Myśmy... Skrzywdzono cię tak bardzo, leżałeś w błocie, we krwi, we własnych wymiocinach, w agonii... – otarł oko, które zaszkliło się nagle, najpewniej od wiatru. – A i tak wybaczyłeś nam wszystkim. A pamiętasz wtedy? Wcześniej? Kiedy walczyliśmy? Pamiętasz jak...
   Usłyszał kroki w oddali. Usłyszał ciche ponaglania, jakąś rozmowę. Zobaczył kilka snopów światła, niechybnie latarki. Zebrani robotnicy i Funkcjonariusze szukali grobów. Diamond spojrzał jeszcze raz na epitafium.
- Przyszedłem cię przeprosić. – powiedział po chwili milczenia. – Więc przepraszam. Wiem, że nie szukałeś nigdy zemsty, wolałeś przebaczać. Ale ja tak nie potrafię. Byłeś nieludzko ludzki. A ja taki być nie umiem. Dlatego... Ja poszukam zemsty za ciebie. Zemsty dla ciebie, przyjacielu. I odkupienia dla mnie. – zrobił dwa kroki w tył, odwrócił się i ruszył w drogę powrotną. - Bywaj. – rzucił jeszcze za siebie.

   Biały pies, leżący do tej pory za drzewem, podniósł ogromny, kanciasty łeb i z zaciekawieniem patrzył na odchodzącego człowieka. Potem poczłapał powoli w stronę nagrobka, obwąchał dokładnie płytę, łypnął brązowym okiem na epitafium. Patrzył na słowa, które ku pamięci zmarłego kiedyś wypisali tu kochający go ludzie. Ludzie, z których została zaledwie garstka.
   Biały, ogromny pies podniósł nogę z wyraźnym zamiarem oznaczenia terenu, ale rozmyślił się, parsknął po psiemu i odszedł żwirową alejką. Bądź co bądź to był cmentarz. Zmarłym należy się szacunek. A temu jednemu zmarłemu – chyba największy.

graveS.jpg
 

codd
 
IV.

   Siedzieli w samochodzie, na tylnym siedzeniu. Diamond patrzył przez okno na mijane smugi zapalonych latarni. Zdawał sobie sprawę, że ktoś coś do niego mówi, ale nie słuchał. Myślami był zupełnie gdzie indziej.
   Odwrócił się w końcu i zerknął na swojego przewodnika. Przydzielili mu niskiego, pucołowatego i podstarzałego Funkcjonariusza, który nie wiedział chyba, że może iść na emeryturę. I nie poszedł.
   Kierowca odebrał telefon, chwilę coś mówił szybko, po czym odsłonił mechaniczną przesłonę dzielącą szoferkę od tylnich siedzeń.
- Wiadomość do pana, panie Diamond.
   Sięgnął do płaskiego, małego ekranu, dotknął. Wyświetlacz rozbłysnął, pokazał kilka linijek drobnego druku i zeskanowaną kartkę papieru wraz z kopertą. Koperta była adresowana do niego. List głosił: „Gramy dalej? Twój ruch! – M.”, był napisany szybko, choć ładnymi, drukowanymi literami.
- Co to? – zapytał przewodnik.
- Jasna cholera. – nie wiedzieć czy odpowiedział na pytanie, czy tak tylko powiedział. – Wie, że już jestem.
- Ale o co chodzi z tym pańskim ruchem?
- To gra. Ale nie zgadza mi się coś. Moim ruchem był przyjazd tutaj... Czyli teraz powinien... – jego oczy się rozszerzyły, kiedy w końcu zrozumiał. – Jedź natychmiast do centrali. Analizuj wszystkie raporty, jakie przyszły w ciągu ostatnich godzin i te, które dopiero będą przychodzić. On już wykonał swój ruch. Teraz ja.
- Nie bardzo rozumiem.
- On znów zabił. Jedź, do jasnej cholery. – krzyknął wysiadając na światłach z wozu. – No jedź!
- A pan?
- Ja postaram się obmyślić strategię.

   Tyły pawilonu śmierdziały kałem i uryną. Potem, smrodem niemytych od dawna ciał. Wymiocinami. Chemią. I śmiercią. Najbardziej śmiercią.
   Dwóch oberwańców poprosiło go o jakieś drobne. Małe, szczurze oczka latały im na wszystkie strony. Gęby mieli nieładnie uśmiechnięte, odsłaniając czarne i rzadkie zęby. Widział ich brudne łapska sięgające do podartych kieszeni.
   Odsłonił tylko płaszcz, pokazał odznakę i różaniec. Obwiesie przestali się uśmiechać. Natychmiast. I bardzo, bardzo szybko odeszli.
   Skierował kroki za kontenery pełne odpadów. Zszedł po betonowych, śliskich jak diabli schodach. Stanął w kałuży, łupnął pięścią w metalowe drzwi. Kwadratowe okienko otworzyło się ze zgrzytem, do uszu dobiegło rytmiczne dudnienie.
- Hasło? – zapytał odźwierny zerkając przez prostokątny otwór.
- Otwieraj, bo wejdę tam razem z tymi drzwiami.
- Co? – widać tamten niedosłyszał.
- A gówno. – warknął do siebie z cicha i sięgnął do spodni.
   Cerber myślał, że nowoprzybyły sięga po portfel, uchylił drzwi. Dopiero, kiedy zobaczył, że w portfelu jest również odznaka, chciał szybko zastąpić drogę intruzowi. Momentu, kiedy metalowy kant rypnął go prosto w czoło już nie zarejestrował. Padł na wznak, bez przytomności.
   Diamond schował odznakę do kieszeni, tak, żeby nie rzucała się w oczy. Przestąpił nad nieprzytomnym odźwiernym, przeszedł obok toalet, pełnych panienek poprawiających sobie makijaż, piszczących głośno w kakofonii śmiechu i plotek. Poszedł dalej, zobaczył dwie połączone sale o niskim stropie ze sceną na końcu. Scena była pusta. Choć lokal na brak klientów nie mógł narzekać.
   Wyróżniał się z tłumu i sam to czuł. Choć wszyscy nosili się na czarno, nikt nie miał niczego w innym kolorze. Nie licząc krwawej czerwieni na ustach klientek, jego krawat był jedyną czerwoną rzeczą w całym barze. I w odróżnieniu od wszystkich, Diamond miał tylko jeden kolczyk. A nie dziesiątki.
   Ktoś stanął naprzeciw niego. Ktoś uśmiechnięty, ubrany podobnie do niego, ale bez płaszcza i bez krawata. Ten ktoś wyciągnął do niego rękę, w drugiej trzymając kufel pełen piwa.
- Się masz Graves! – przekrzyczał tłum. – Kopę lat!
- Witaj, Mord. – Diamond uścisnął mu prawicę, poklepał po ramieniu. – Faktycznie kopę lat.
- Gdzieś ty się podziewał tyle czasu? Chcesz się przyłączyć do nas? Tam siedzimy...
- Nie. – machnął ręką. – Chodź do szatni. Tam jest ciszej.
   Przeszli obok kilku dziewcząt, nieledwie siedemnastoletnich, jak mógł ocenić Diamond, stanęli przy szatni. Mord spojrzał pytająco, wskazując ruchem głowy leżącego wciąż na podłodze cerbera.
- Ty?
- Ja. Nie chciał mnie wpuścić.
- Opowiadaj, co tam słychać? – natychmiast zmienił temat. - Gdzieś był?
- Tu i ówdzie. Kiedy indziej o tym porozmawiamy, kiedy będzie bezpieczniej.
- Jak to „bezpieczniej”? Co, szpiedzy tu jacyś się kręcą, czy Funkcjonariusze? – zaśmiał się wymuszenie Mord.
- On wrócił.
- On? Jaki „on”? – zdziwił się, lecz po chwili zastanowienia na jego twarzy wymalował się przestrach. – Jezusie... Wrócił?
   Diamond wyjął z płaszcza papierosy, zapalił jednego zamaszyście odpalając benzynową zapalniczkę. Zaciągnął się, wciąż patrząc w oczy rozmówcy.
- Wrócił jak cholera. – potwierdził. – I zaczął ze mną grać.
- O kurwa.
- Utrafiłeś w samo sedno. – uśmiechnął się wymuszenie widząc minę Morda. – Dlatego tu jestem. Rozkręcił się skurwiel niesamowicie. Po ostatnim razie strasznie nabrał pewności siebie.
- Myślisz, że on tu...
- Nie wiem. Jak na razie to mój ruch. Ale przyszedłem prosić cię o pomoc. Popytaj, porozglądaj się. Ale dyskretnie. Tak, żeby nikt cię nie zdjął. Wiesz gdzie się kręcić, żeby coś wywęszyć. – podał mu swoją wizytówkę, Mord natychmiast ją schował. – Kiedy coś będziesz wiedział, dzwoń natychmiast.
- Nie ma sprawy. Ale jeśli wrócił, to już dawno coś powinienem usłyszeć.
- Nie, to świeżyzna. Nieledwie trzy dni.
   Stali przez chwilę w milczeniu. Diamond zapatrzył się na wpół otwarte drzwi, jakby był nieobecny. Nie musiał widzieć miny Morda, żeby wiedzieć co się dzieje za jego plecami. Sam to czuł. Na karku, na plecach, zimny, przeszywający dreszcz. Czyjś wzrok. Odwrócił się, choć coś mu mówiło, że źle robi. Spojrzał w niezwykle brązowe oczy świecące spod czarnej jak smoła, długiej grzywki. Znał te oczy. Znał te usta. Znał tą figurę. Choć to było w innym życiu. I to nie w jego życiu.
Obok niej stał długowłosy, wysoki mężczyzna o spojrzeniu pełnym wyższości. Diamondowi nie podobał się ten wzrok.
- Graves, nie wiedziałem, że ona tu jest. – powiedział szybko Mord.
- Nic się nie zmieniła. – powiedział próbując przezwyciężyć zaciśnięcie szczęk, próbując uspokoić rozkołatane serce. – Nic a nic. I nie mów do mnie „Graves”.
- Tak... Ja... Przepraszam... – zająknął się. Zobaczył, że zniknęła z pola widzenia. – Dasz się skusić na piwo?
- Jasne.
   Przebili się przez tłum. Diamond próbował się nie rozglądać, nie szukać wzrokiem, nie chcieć jej odnaleźć. Po raz kolejny zdał sobie sprawę jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią. Choć przecież to nie on ją kochał, tylko kto inny. On tylko znał to uczucie, jakby zapisane było w jego pamięci. Nie było go w jego sercu. Była za to nienawiść. A może jej też nie było? Sam nie wiedział.
   Stanęli przy barze. Kufel zimnego piwa sprawił, że poczuł się lepiej, rześko. Uśmiechnął się nawet. Tym razem szczerze. Już chciał coś powiedzieć, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i spojrzał w oczy, które przed kilkoma chwilami napawały go co najmniej antypatią.
- Możemy porozmawiać? – zapytał z wysoka, nie puszczając ramienia Diamonda.
- Nie możemy. – odpowiedział krótko. – Nie mam w zwyczaju rozmawiać z chamami, którzy nie raczą się nawet przedstawić.
   Tamten wzmocnił uścisk. Był pewien swojej przewagi, z racji wzrostu i masy. Przecenił się. Nie wychwycił nawet momentu, w którym Diamond wykręcił się zręcznie pod jego ramieniem i z rozmachem walnął go w szczękę. Potem poprawił kopniakiem w krocze, a gdy jego przeciwnik się nachylił, wplótł pięść w jego włosy, szarpnął mocno. Potem słychać było rytmiczne, niemal w takt muzyki, odgłosy jakie towarzyszą waleniu czołem o blat.
   Diamond przestał nagle, ale nie zwolnił uścisku, wciąż trzymał dryblasa z głową na barze. Wolną ręką najpierw rzucił na blat swoją odznakę, tak, żeby wszyscy ją widzieli, a potem przeszukał kieszenie niemal nieprzytomnego przeciwnika, z jednej wyciągnął dwa noże. Jeden rzucił obok odznaki, drugi – motylek – otworzył sprawnie i obejrzał pod światło.
- Ładna rzecz. – powiedział i przybił rękę dryblasa do baru.
   Tamten zawył z bólu, po czym zemdlał i osunął się na podłogę. Nóż pozostał wbity w drewno.
   Diamond podniósł odznakę, wsadził ją sobie do kieszeni w koszuli, blachą do wierzchu, potem sięgnął po nóż.
- Gratuluję klienteli. – powiedział do barmana, skinął na pożegnanie Mordowi i skierował się do wyjścia.
   Przechodząc obok stolików, zobaczył ją. Nie była uśmiechnięta. Ale nie wyglądała też na wściekłą. Postanowił, że następnym razem postara się bardziej. Bez słowa rzucił zdobyczny nóż na stolik przed nią i wyszedł.
Nie obejrzał się ani razu. Ale czuł jej wzrok na swoich plecach.
Gdy wyszedł na zewnątrz, odezwał się jego telefon. Posłuchał chwilę raportu, jaki mu zdano, rozłączył się i skierował kroki w stronę ulicy.
Nikt nie widział jak przystanął nagle i zaczął okładać ścianę pięściami. Nikt nie mógł zobaczyć jego wściekłej twarzy, na której, w raz z każdym kolejnym uderzeniem, pojawiał się co raz szerszy i co raz bardziej upiorny uśmiech, przypominający paskudną, pękającą ranę. Nikt nie usłyszał jego wściekłego ryku, ani przekleństw, jakimi rzucał. Nikt nie mógł tego zobaczyć, ani usłyszeć, bo wszystko to działo się w jego głowie.
Splunął na chodnik i ruszył przed siebie, dzwoniąc po taksówkę, trzęsąc się z hamowanych, wstrzymywanych emocji.
 

codd
 
III.

   Ogromny, biały pies siedział w cieniu ściany. Alejka była długa i ciemna, niemal czarna. Biała sierść czworonoga była zupełnie niewidoczna w mroku między murami, skąd zerkał brązowym okiem. A patrzył na dwóch mężczyzn, którzy szli powoli od strony ulicy, jeden za drugim, oświetlając sobie drogę latarkami.
   Dotarli do grubych, żelaznych, najeżonych nitami drzwi. Potem ten niższy mężczyzna, ubrany w grubą, niedopasowaną kurtkę podał drugiemu swoją latarkę, a sam zdarł z drzwi kilka żółto-czarnych kawałków taśmy. Potem chwilę się mocował, aż udało mu się pociągnąć mocno skrzypiące odrzwia.
- Ależ skrzypi cholera. – odezwał się tan niższy sapiąc ciężko. – A mówiłem im, żeby naoliwili.
   Drugi, ubrany w płaszcz zarzucony na koszulę z krawatem nie odpowiedział. Oddał niższemu jego własność, i nie zaszczycając towarzysza nawet spojrzeniem – przeszedł przez próg.
   Ogromny, biały pies przekręcił z zaciekawieniem łeb, łypnął brązowymi oczami kilka razy.

   Stanęli na samym środku olbrzymiej sali, wokół której, na piętrze biegła balustrada. Diamond przyświecał sobie po podłodze, po ścianach, schodach, po barze. Oglądał dokładnie, lecz latarka nie dawała za wiele światła.
- Jakiś włącznik zasilania to tu jest? Czy może mam zacząć szukać pochodni pozatykanych w ściany?
   Jego przewodnik niemal podskoczył, odwrócił się pospiesznie i pomknął ku jednej ze ścian, mamrocząc pod nosem przeprosiny i zapewnienia, że za chwilę będzie tu jasno. Po chwili reflektory i neony rozbłysnęły oślepiająco, rzucając na lokal fiolet, błękit i czerwień.
- Ładna buda. – parsknął Diamond.
   Bez namysłu skierował się w stronę podestu, zapewne sceny dla tancerek, sądząc po pionowych, błyszczących rurach pozatykanych w podłogę. Oprócz ciemnych zacieków na małych schodkach widział odrysowane na biało kształty ludzkich ciał. Trzy sylwetki. W ratach.
- A głowy? – zapytał nie odwracając się nawet.
- Jakieś pięć metrów w tamtą stronę. – odpowiedział tamten wskazując kirunek.
   Diamond rozejrzał się szybko, dostrzegł kanciaste, małe kształty na podłodze przy schodach na piętro z balustradą. Stanął nad „rysunkami”.
- Ładny zasięg. – przyznał beznamiętnie. – Doszliście jak to zrobił?
- Podejrzewamy samurajski miecz, albo kosę.
- Samurajski miecz. – powtórzył cicho, starając się nie kręcić głową i nie zaśmiać się. – Kosę.
   Wszedł na schody, dotarł na piętro. Rozejrzał się przelotnie, potem podszedł do wyrwanej w ścianie dziury. Otwór miał jakieś dwa metry wysokości, metr szerokości. Nie sposób było określić czy ktoś tędy wszedł, czy też wyszedł. Dziura wyglądała na wypaloną, prowadziła w pustkę, czarną, bezdenną. Diamond wyjął z kieszeni miedziaka, rzucił w ciemność. Po chwili usłyszał lepkie pluśnięcie. Nastawił ucha baczniej, dosłyszał dźwięk spadających kropel. Bardzo głuchy, bardzo miękki dźwięk. Jakby ktoś przelewał galaretę.
- Co tam jest? – zapytał, gdy zobaczył, że tamten do niego dołączył,
- Kanały. To jedno z niewielu miejsc, gdzie przechodzą w zabudowaniu między budynkami. – podjął, gdy zobaczył zdziwiony wzrok pytającego. – Kilka lat temu musieliśmy dobudować kilka tuneli. Wszystko przez te deszcze, powodzi kilka było. To był odkryty tunel, potem pociągnęliśmy ściany budynków i dachy.
- Czyli tędy wyszedł.
- A skąd pan to wie?
- A pokaż mi takiego, który dałby radę się tędy wdrapać. – pociągnął ręką uzbrojoną w chusteczkę po murze od strony kanału, podniósł ją i pokazał grubą warstwę lepkiego, śmierdzącego szlamu. – Nieciekawa droga ucieczki, i niezbyt to to higieniczne, ale jemu było wszystko jedno. Jemu zawsze jest wszystko jedno.
- Słucham?
   Diamond nie odpowiedział. Podszedł do baru, na blacie szynkwasu zauważył kilka miejsc, gdzie drewno było zwęglone. Wypalone.
- Chciałbym teraz zobaczyć zwłoki.
- Słucham? – zdziwił się tamten.
- Nic, tylko „słucham” i „słucham”. – westchnął. – Jak słuchasz tak pilnie, to co głupio pytasz? Zwłoki, wiesz co to? No, to dobrze. Chcę je obejrzeć.
- Jakie znów zwłoki?
- Czy ty się z głupim macałeś? Jakie zwłoki mógłbym chcieć oglądać?
- Ale... To niemożliwe.
- Przestań się jąkać, człowieku. Co niemożliwe? Jak niemożliwe?
- Chodzi mi o to, że pochowaliśmy już...
- Proszę, powiedz, że robisz sobie ze mnie ciężkie jaja. – Diamond spojrzał mu prosto w oczy. – Że to żart. Dostaniesz może po pysku, ale rozejdzie się po kościach.
- Mówię poważnie. – odpowiedział chowając odruchowo głowę w ramiona.
- A sekcja? Zrobiliście sekcję?
- Tak. Ale wszystko było w raporcie, który pan dostał.
- W tym samym raporcie, który czytałem jeszcze przed lotem z Los Angeles? Tym samym, z którego nic kurwa nie wynika? – nie doczekał się odpowiedzi, za to widział, że jego rozmówca ma łzy w oczach. – Nie rozklejaj się teraz, bo mnie szlag jasny trafi z samego nieba.
- Tak, proszę pana.
- Chcę zobaczyć te zwłoki. – powtórzył, ale ani myślał spuścić z tonu.
- Ale przecież... Pochowane... W ziemi...
- To je odkopiecie.
- Ekshumacja... To potrwa... Pozwolenia...
- Inaczej: odkopiecie je migusiem. – zacisnął szczęki wściekły nie na żarty. – Chcę je obejrzeć jeszcze przed, tak szumnie tu zwanym, świtem.

   Biały, ogromny pies przyglądał się wszystkiemu przez świetlik w dachu. Przekrzywił ciekawie głowę, łypnął brązowymi ślepiami, zastrzygł miękkimi uszami. Potem odwrócił się i z uśmiechem, o ile pies może się uśmiechnąć, poczłapał w stronę krawędzi dachu. Po drodze na chwilę przystanął, przysiadł na zadzie pozbawionym ogona, podrapał się tylną łapą po masywnej, szerokiej szczęce. Warknął przy tym kilka razy. Nie cierpiał pcheł.
 

codd
 
II.

   Woda, którą wypełnił wannę śmierdziała chemią na kilometr, lecz wolał to, niż smród, jaki rzuciło w niego miasto. Wykąpał się tak szybko, jak tylko mógł. Gdy wyszedł z wanny obwiązał się w pasie jednym ręcznikiem. Ręcznik był szorstki i sztywny, drapał skórę. Drugi, którym zaczął się wycierać – również.
   Mokrymi i bosymi stopami znaczył ślady na drewnianej podłodze, kiedy szedł do pokoju. Stare mieszkanie na Gocławiu wyglądało niemal tak samo, jak wtedy, kiedy je zostawiał. Tyle, że oprócz brudnego stołu, krzesła, kanapy i małej kuchenki nie zostało już nic.
   Podszedł do okna, przykucnął i sięgnął ręką za kaloryfer, gdzie namacał małą dźwigienkę. Szarpnął zdecydowanie i usłyszał ciche kliknięcie. Kaloryfer ze skrzypieniem odchylił się na bok, jak drzwi, odsłonił skrytkę.
   Po kolei wyciągnął starą, granatową koszulkę z długim rękawem, na której pysznił się jego niegdysiejszy emblemat, potem podarte spodnie, skórzane rękawice i butelkę łyskacza. Za tym ostatnim tęsknił najbardziej.
   Odkręcił nakrętkę, łyknął mocno. Usiadł okrakiem na krześle, opierając łokcie na drewnianym oparciu, sięgnął na zakurzony stół po papierosa.
   Nie potrafił odnaleźć sobie jakiejkolwiek radości. Powrót do domu nie ucieszył go tak, jak się tego spodziewał. Powrót do czynnej służby nie wywołał dreszczyku emocji, żadnej ekscytacji. Nie pojawiła się nadzieja, że może spotka kogoś, kogo znał przed laty. Czuł się jak zimny profesjonalista. Czuł się zmęczony życiem, jakby przez ostatnie lata przeskoczył co najmniej kilka dekad. Jakby zestarzał się zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Zbyt boleśnie.
   Jedno spojrzenie na zegarek przypomniało mu, że jeszcze wcześnie, że jeszcze nie ma dwudziestej. W tym mieście bardzo trudno o poczucie czasu. Zwłaszcza kiedy nie można za bardzo oddzielić dnia od nocy, kiedy panuje wieczny mrok, wieczna szarość. Jeśli tęsknił za domem, to teraz ta tęsknota na nowo umarła.
   Za oknem padły strzały. Dało się słyszeć krzyki, dźwięk żelaznych pałek gruchoczących kości, jęk pobitych, wrzask postrzelonych. Niewiele później syreny rozdarły ciszę, która trwała tylko chwilkę. Diamond nie podniósł się do okna, żeby zobaczyć co się dzieje. Nie patrzył, jak Funkcjonariusze aresztują, lub eksterminują na miejscu kolejnych Niewiernych. Nie myślał już nawet o tym, że to miasto, że cały ten kraj się zmieniły. Nie myślał o tym, bo nie chciał o tym myśleć. Bo nie został pastorem, kapelanem policyjnym po to, żeby ludzi zmuszać do wiary, jak to czyniono tutaj. Nie karał żelazną ręką tych, którzy nie wyznawali tego samego Boga. Zaczął się jednak zastanawiać czy dobrze zrobił wracając. Zresztą, innego wyjścia nie miał.
   Sięgnął po teczkę leżącą przy nodze krzesła. Wyciągnął kilka kartek i fotografię, na której długowłosy mężczyzna o pociągłej twarzy prezentował zęby w diabelskim uśmiechu.
- Znajdę cię. – powiedział do zdjęcia, patrząc prosto w oczy, które mogłyby być równie dobrze oczami demona. – Jestem już blisko. Znajdę cię znowu, a wtedy zapłacisz za wszystko.
   Podniósł telefon z blatu, wybrał numer. Przełączali go kilka razy, zamiast podać od ręki kontakt do odpowiedniej osoby. To, jak niewiele innych rzeczy, w tym kraju się nie zmieniło.
- Diamond z tej strony. – przedstawił się beznamiętnie po polsku, kiedy już uzyskał połączenie. – Jestem już w mieście.
- Nie spieszył się pan z telefonem do mnie. – usłyszał w odpowiedzi. – A prosiłem, żeby zadzwonił pan od razu po lądowaniu.
- Cóż, jeśli mnie pamięć nie myli, według raportu wszystko stało się dwa dni temu. Kilka godzin w tą czy w tą nie robi różnicy.
- Pan chyba nie rozumie istoty problemu, z jakim...
- Nie, to pan nie rozumie. – Diamondowi nie podobał się pełen wyższości i pretensji ton rozmówcy. Nie podobało mu się, że go pouczano. Nie podobało mu się, że zarzuca mu się brak rozumienia tej właśnie sprawy. – Poprosiliście LAPD o pomoc, wysłano mnie ze względu na moje doświadczenie i znajomość profilu psychologicznego domniemanego sprawcy. Wysłano mnie, że się tak wyrażę: łaskawie, żebym mógł, tu też użyję tego słowa: łaskawie wam pomóc. Nie jest to moim obowiązkiem. Jeśli się coś panu nie podoba, mogę się spakować, wrócić na lotnisko i polecieć z powrotem to Los Angeles. Czy to jasne?
   Oczywiście skłamał. Nie mógł tak po prostu rzucić tej sprawy. Do końca życia nie wytłumaczyłby się zwierzchnictwu. Ale jego rozmówca wcale nie musiał o tym wiedzieć.
- Tak, oczywiście. – speszył się głos po drugiej stronie połączenia. – Bardzo pana przepraszam, panie Diamond.
- Dobrze, przejdźmy więc do sedna sprawy. O której możemy się umówić na miejscu?
- O której panu wygodnie.
- Powiedzmy, za godzinę? – zaproponował zadowolony, bo ton konwersacji zmienił się diametralnie.
- Niech będzie. Przyślę po pana samochód z kierowcą. Powinien być za jakieś piętnaście minut.
- Dziękuję. Do zobaczenia więc.
   Odłożył telefon na stół. Podniósł z kanapy spodnie od garnituru, czarną koszulę i czerwony krawat. Ubierał się powoli, niemal z namaszczeniem. Podwinął rękawy, wyjął z kieszeni różaniec i przewiesił go sobie przy pasku. Zapiął zegarek na nadgarstku, schował do kieszeni portfel z odznaką. Gdy odezwał się domofon – założył płaszcz i wyszedł z mieszkania, przeklinając w duchu, że znów przyjdzie mu poczuć odór ulicy.
   Zaczynał znów szczerze nienawidzić tego miasta.
 

 

Blog tylko dla dorosłych

Dalsze strony zostały uznane przez właściela bloga za zawierające treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich (mających ukończone 18 lat). Strony te zawierać mogą w szczególności treści o tematyce erotycznej, a także treści drastyczne lub inne przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich. Decydując się na zapoznanie z treścią tych stron, czynisz to na własną odpowiedzialność.

Korzystanie ze stron zawierających treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich następuje na ryzyko osoby decydującej się zapoznać z takimi treściami.

Oświadczam, że mam ukończone 18 lat i wchodzę na własną odpowiedzialność.