X.
Stali naprzeciw siebie, pośród płomieni walącego się budynku, pośród dymu i smrodu palonych ciał. Pośród śmierci. Patrzyli sobie w oczy, jeden pewien siebie, z uśmiechem pełnym nienawiści i triumfu, drugi zaś – z twarzą wykrzywioną bólem, a jednak mającą w oczach wolę walki i nadzieję. Nadzieję, która nie powinna już istnieć.
- To było nasze drugie spotkanie. Wtedy. – powiedział Heros, stojąc plecami do niej, patrząc na wielkie szare drzewo, gdzie Diamond znikał wchłaniany przez korę szaleństwa. – Kiedy otruła mnie Ona, a on przyszedł po to, czego nie mógł mieć.
- Co było dalej? – zapytała, stając obok niego, na krawędzi dachu.
- Zabił mnie. – uśmiechnął się. – Drugi raz.
- A za pierwszym razem? Jak to wyglądało za pierwszym razem?
Na nagim ciele powoli materializowała się czarna peleryna z kapturem. Po chwili tors, ramiona, całe ciało otuliła szara materia ubrania. Tak po prostu.
Potumus Y Graves trzymał swą ofiarę wolną ręką, trzymał za szyję, uciskając krtań. Trzymał wysoko, tak, że Heros nie mógł dotknąć ziemi nogami.
- Cały twój ból, który w sobie chowałeś. – wycedził przez zaciśnięte w upiornym uśmiechu zęby. – Cały twój lęk, który od siebie odpychałeś. Cała twoja nienawiść, którą negowałeś. To wszystko i więcej. Wszystko to zepchnąłeś daleko, tak daleko, że przestały istnieć. – opuścił trochę Herosa, spojrzał mu w oczy z bardzo bliska. – Ale we wszechświecie nic nie ginie tak po prostu. To, co odrzuciłeś stworzyło coś nowego. Stworzyło mnie.
Odrzucił go, niczym szmacianą lalkę. Wsparł się na swojej potężnej kosie, nasunął kaptur na twarz. Wyglądał niczym personifikacja śmierci, choć przecież tak różnił się od Żniwiarza. Podszedł, powoli, jakby z obrzydzeniem dotykając leżącego na ziemi Herosa czubkiem buta.
- Widzisz, mój mały braciszku – westchnął pochylając się nad nim lekko. – równowaga musi być.
Kopnął go z rozmachem, prosto w brzuch. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Podniósł go za włosy, uderzył kolanem prosto w twarz, cisnął nim o płytę nagrobka. Poprawił jeszcze jednym kopniakiem w ucho.
Heros szepnął coś, co sprawiło, że Postumus się zawahał. Ale tylko na chwilę. Potem zamachnął się swoją kosą. I wchłonął ciało swej ofiary, razem z całą jej mocą.
- Co wtedy powiedziałeś? – zapytała.
- Że nie może być aż taki zły. – odpowiedział nie od razu. – Że nie może być aż taki zły, bo przecież ja nie jestem. A on jest mną.
- To nie na moją głowę. – westchnęła. – Wszystko to jakieś popieprzone. On cię zabija, potem nagle jakimś cudem zmartwychwstajesz, otruwa cię ukochana, która okazuje się zimną suką, on cię jeszcze raz zabija korzystając z okazji... Sam w międzyczasie staje się bohaterem, potem traci moc... Co wy, z komiksu się urwaliście, czy z kreskówki jakiejś?
- Nie, to nie tak...
- Oj, nie tłumacz już. – warknęła zniecierpliwiona. – Bo jeszcze bardziej namieszasz. I tak ledwo nadążam. Ty mi lepiej powiedz, co ty tu robisz? Nie powinieneś być... – ucichła.
- Gdzie?
- No wiesz. – wskazała palcem w górę. – Tam.
- Że w Niebie? – domyślił się.
- No! – przytaknęła gwałtownie.
- Moja droga Kocico... Przecież Niebo nie istnieje.
Ogromny biały pies, choć będący wzorem psiej cierpliwości – nagle poczuł się zniecierpliwiony. Umiał czekać, i to jak żaden inny czworonóg. Ale tym razem po prostu przebierał łapami w miejscu, jakby zaraz miał dostać michę dobrej karmy.
W końcu sapnął, kichnął i z miejsca, bez rozbiegu, ruszył przed siebie. Biegiem. I może nie był najszybszym psem świata, ale w tym momencie – nie dogoniłaby go nawet gazela.
- Dobra, to co robimy? – zapytała zerkając na wielkie szare drzewo. – Jeszcze trochę, a Diamond zniknie bez śladu i na pewno go nie wyciągniemy.
- Nawet ja nie dałbym rady go stamtąd wydłubać. – zapewnił Heros nieledwie lewitując nad dachem. – Nic na siłę, Kocico. Tu siła nie ma aż takiego znaczenia.
- Więc co? Poczekamy aż drzewko go przetrawi i wydali resztki, czy jak?
- Nie, użyjemy sposobu.
- Aha! Więc masz plan!
- Nie, mam cierpliwość.
- Czyli jednak czekamy? – uśmiechnęła się zadowolona ze swej przenikliwości, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. – Chwila, jak to: czekamy? Na co? Na zbawienie? Na kawalerię?
- Powiedzmy.
- Co „powiedzmy”? – wrzasnęła rozzłoszczona nie na żarty. – Ty myślisz, że ja się tu pchałam, żeby pozwiedzać? Nie będę czekała nie wiadomo na co! Trzeba działać! Działać teraz! Natychmiast! Zanim będzie zbyt późno!
- Tutaj czas nie ma znaczenia. – uśmiechnął się Heros, nie zwracając uwagi na jej wybuch. – Naucz się cierpliwości.
- To mi przynajmniej powiedz na co mamy czekać.
- Na przybycie kogoś, kogo wezwałem na pomoc.
- Kogo?
- Przyjaciela.
Otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Ostre światło oślepiało, wwiercało się w źrenice, przyprawiało o zawroty głowy. Zacisnął powieki, i spróbował się podnieść. Obrócił się na brzuch, wsparł na dłoniach, podciągnął na kolana, potem do pozycji klęczącej. Mrużąc oczy, próbował przyzwyczaić wzrok do otoczenia. Wstał powoli.
Po dłuższej chwili widział już wszystko. Czy też raczej nie widział nic. Bo wszędzie wokół była tylko biel. I tylko cieniutka, szara linia horyzontu oddzielała białe „niebo” od równie białego „gruntu” pod nogami. Ot, po prostu biała, niczym nie skażona pustka.
Krzyknął. A jego głos zabrzmiał jednocześnie tysiącem ech. Ruszył więc przed siebie, wybierając jedyny słuszny kierunek: „którykolwiek”.
Spojrzał na zegarek, zorientował się, że nie działa. Poluzował swój czerwony krawat, rozpiął kołnierz koszuli i szedł dalej. Przed siebie.
- Czy ja słyszę... Szczekanie? – zdziwiła się serdecznie.
- Jeśli nie ogłuchłaś, to faktycznie słyszysz. – uśmiechnął się i mrugnął do niej.
- To oni tu psy mają?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
- To czemu ja słyszę...
- Pomoc nadeszła.
Nie miał żadnego pojęcia jak długo szedł, ani jaki dystans przebył. Nie czuł zmęczenia, co trochę go dziwiło, bo nie przypuszczał, że przeszedł mniej niż dziesięć mil. A szedł cały czas swoim nerwowym, szybkim krokiem. Był co raz bardziej poirytowany, był co raz bardziej wściekły. I za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć niczego, co podpowiedziałoby mu, jak się tu znalazł. Gdziekolwiek było to „tu”.
- Kurwa! – wrzasnął co sił w płucach. – Co to ma być?! Gdzie ja, kurwa, jestem?!
Pokręcił głową, uderzył się otwartą dłonią w twarz. I ruszył dalej. Bo przecież nie mógł tak po prostu usiąść i czekać.
Nagle przystanął. Rozejrzał się, obracając się wokół własnej osi. Nadstawił ucha. Słyszał, i to dość wyraźnie, szczekanie. I to takie, w co jeszcze trudniej było uwierzyć, szczekanie dość... Sympatyczne. Szczekanie psa, który chce się bawić, a nie psa, który grozi w ten sposób rozrywaniem ofiary na sztuki.
W końcu coś zobaczył. Pod szarą linią horyzontu pojawiła się jakaś mała kropka. Ta kropka powiększała się z każdą chwilą, nabierając kształtu.
Wielki, biały pies, prawdopodobnie bokser, dobiegł do Diamonda, wyhamował gwałtownie tuż przy nim. Zakręcił kilka kółek wokół niego, przebierając łapami jak szczeniak, szczekając wesoło. Potem stanął na tylnich łapach, przednie wspierając na piersi kapelana. Wywiesił ogromny różowy ozór, dysząc i mlaskając.
- Co ty tu robisz, piesku? – zapytał Diamond, klepiąc czworonoga po masywnej szyi. – Skąd się tu wziąłeś?
Pies odskoczył tylko, zakręcił się niespokojnie, szczeknął kilka razy, cały czas łypiąc na człowieka brązowymi ślepiami.
- Mam iść za tobą? – zapytał Diamond.
- Aleś ty, w mordę, domyślny.
Kapelan rozejrzał się gwałtownie, robiąc instynktowny krok do tyłu. Nikogo nie widział. Spojrzał więc na psa. I aż potrząsnął głową.
- No idziesz? – usłyszał znowu basowy, śmieszny głos. – Czy będziesz tak stał z idiotyczną miną?
Diamond padł na klęczki, na czworakach podszedł do psa, patrząc mu prosto w pysk.
- Mam rozumieć, że ty mówisz? – zapytał z obawą w głosie, bo pomysł wydawał mu się niedorzeczny.
- Mogę ci nawet zaśpiewać, bylebyś wstał, bo wyglądasz jak kretyn.
Stali naprzeciw siebie, pośród płomieni walącego się budynku, pośród dymu i smrodu palonych ciał. Pośród śmierci. Patrzyli sobie w oczy, jeden pewien siebie, z uśmiechem pełnym nienawiści i triumfu, drugi zaś – z twarzą wykrzywioną bólem, a jednak mającą w oczach wolę walki i nadzieję. Nadzieję, która nie powinna już istnieć.
- To było nasze drugie spotkanie. Wtedy. – powiedział Heros, stojąc plecami do niej, patrząc na wielkie szare drzewo, gdzie Diamond znikał wchłaniany przez korę szaleństwa. – Kiedy otruła mnie Ona, a on przyszedł po to, czego nie mógł mieć.
- Co było dalej? – zapytała, stając obok niego, na krawędzi dachu.
- Zabił mnie. – uśmiechnął się. – Drugi raz.
- A za pierwszym razem? Jak to wyglądało za pierwszym razem?
Na nagim ciele powoli materializowała się czarna peleryna z kapturem. Po chwili tors, ramiona, całe ciało otuliła szara materia ubrania. Tak po prostu.
Potumus Y Graves trzymał swą ofiarę wolną ręką, trzymał za szyję, uciskając krtań. Trzymał wysoko, tak, że Heros nie mógł dotknąć ziemi nogami.
- Cały twój ból, który w sobie chowałeś. – wycedził przez zaciśnięte w upiornym uśmiechu zęby. – Cały twój lęk, który od siebie odpychałeś. Cała twoja nienawiść, którą negowałeś. To wszystko i więcej. Wszystko to zepchnąłeś daleko, tak daleko, że przestały istnieć. – opuścił trochę Herosa, spojrzał mu w oczy z bardzo bliska. – Ale we wszechświecie nic nie ginie tak po prostu. To, co odrzuciłeś stworzyło coś nowego. Stworzyło mnie.
Odrzucił go, niczym szmacianą lalkę. Wsparł się na swojej potężnej kosie, nasunął kaptur na twarz. Wyglądał niczym personifikacja śmierci, choć przecież tak różnił się od Żniwiarza. Podszedł, powoli, jakby z obrzydzeniem dotykając leżącego na ziemi Herosa czubkiem buta.
- Widzisz, mój mały braciszku – westchnął pochylając się nad nim lekko. – równowaga musi być.
Kopnął go z rozmachem, prosto w brzuch. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Podniósł go za włosy, uderzył kolanem prosto w twarz, cisnął nim o płytę nagrobka. Poprawił jeszcze jednym kopniakiem w ucho.
Heros szepnął coś, co sprawiło, że Postumus się zawahał. Ale tylko na chwilę. Potem zamachnął się swoją kosą. I wchłonął ciało swej ofiary, razem z całą jej mocą.
- Co wtedy powiedziałeś? – zapytała.
- Że nie może być aż taki zły. – odpowiedział nie od razu. – Że nie może być aż taki zły, bo przecież ja nie jestem. A on jest mną.
- To nie na moją głowę. – westchnęła. – Wszystko to jakieś popieprzone. On cię zabija, potem nagle jakimś cudem zmartwychwstajesz, otruwa cię ukochana, która okazuje się zimną suką, on cię jeszcze raz zabija korzystając z okazji... Sam w międzyczasie staje się bohaterem, potem traci moc... Co wy, z komiksu się urwaliście, czy z kreskówki jakiejś?
- Nie, to nie tak...
- Oj, nie tłumacz już. – warknęła zniecierpliwiona. – Bo jeszcze bardziej namieszasz. I tak ledwo nadążam. Ty mi lepiej powiedz, co ty tu robisz? Nie powinieneś być... – ucichła.
- Gdzie?
- No wiesz. – wskazała palcem w górę. – Tam.
- Że w Niebie? – domyślił się.
- No! – przytaknęła gwałtownie.
- Moja droga Kocico... Przecież Niebo nie istnieje.
Ogromny biały pies, choć będący wzorem psiej cierpliwości – nagle poczuł się zniecierpliwiony. Umiał czekać, i to jak żaden inny czworonóg. Ale tym razem po prostu przebierał łapami w miejscu, jakby zaraz miał dostać michę dobrej karmy.
W końcu sapnął, kichnął i z miejsca, bez rozbiegu, ruszył przed siebie. Biegiem. I może nie był najszybszym psem świata, ale w tym momencie – nie dogoniłaby go nawet gazela.
- Dobra, to co robimy? – zapytała zerkając na wielkie szare drzewo. – Jeszcze trochę, a Diamond zniknie bez śladu i na pewno go nie wyciągniemy.
- Nawet ja nie dałbym rady go stamtąd wydłubać. – zapewnił Heros nieledwie lewitując nad dachem. – Nic na siłę, Kocico. Tu siła nie ma aż takiego znaczenia.
- Więc co? Poczekamy aż drzewko go przetrawi i wydali resztki, czy jak?
- Nie, użyjemy sposobu.
- Aha! Więc masz plan!
- Nie, mam cierpliwość.
- Czyli jednak czekamy? – uśmiechnęła się zadowolona ze swej przenikliwości, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. – Chwila, jak to: czekamy? Na co? Na zbawienie? Na kawalerię?
- Powiedzmy.
- Co „powiedzmy”? – wrzasnęła rozzłoszczona nie na żarty. – Ty myślisz, że ja się tu pchałam, żeby pozwiedzać? Nie będę czekała nie wiadomo na co! Trzeba działać! Działać teraz! Natychmiast! Zanim będzie zbyt późno!
- Tutaj czas nie ma znaczenia. – uśmiechnął się Heros, nie zwracając uwagi na jej wybuch. – Naucz się cierpliwości.
- To mi przynajmniej powiedz na co mamy czekać.
- Na przybycie kogoś, kogo wezwałem na pomoc.
- Kogo?
- Przyjaciela.
Otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Ostre światło oślepiało, wwiercało się w źrenice, przyprawiało o zawroty głowy. Zacisnął powieki, i spróbował się podnieść. Obrócił się na brzuch, wsparł na dłoniach, podciągnął na kolana, potem do pozycji klęczącej. Mrużąc oczy, próbował przyzwyczaić wzrok do otoczenia. Wstał powoli.
Po dłuższej chwili widział już wszystko. Czy też raczej nie widział nic. Bo wszędzie wokół była tylko biel. I tylko cieniutka, szara linia horyzontu oddzielała białe „niebo” od równie białego „gruntu” pod nogami. Ot, po prostu biała, niczym nie skażona pustka.
Krzyknął. A jego głos zabrzmiał jednocześnie tysiącem ech. Ruszył więc przed siebie, wybierając jedyny słuszny kierunek: „którykolwiek”.
Spojrzał na zegarek, zorientował się, że nie działa. Poluzował swój czerwony krawat, rozpiął kołnierz koszuli i szedł dalej. Przed siebie.
- Czy ja słyszę... Szczekanie? – zdziwiła się serdecznie.
- Jeśli nie ogłuchłaś, to faktycznie słyszysz. – uśmiechnął się i mrugnął do niej.
- To oni tu psy mają?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
- To czemu ja słyszę...
- Pomoc nadeszła.
Nie miał żadnego pojęcia jak długo szedł, ani jaki dystans przebył. Nie czuł zmęczenia, co trochę go dziwiło, bo nie przypuszczał, że przeszedł mniej niż dziesięć mil. A szedł cały czas swoim nerwowym, szybkim krokiem. Był co raz bardziej poirytowany, był co raz bardziej wściekły. I za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć niczego, co podpowiedziałoby mu, jak się tu znalazł. Gdziekolwiek było to „tu”.
- Kurwa! – wrzasnął co sił w płucach. – Co to ma być?! Gdzie ja, kurwa, jestem?!
Pokręcił głową, uderzył się otwartą dłonią w twarz. I ruszył dalej. Bo przecież nie mógł tak po prostu usiąść i czekać.
Nagle przystanął. Rozejrzał się, obracając się wokół własnej osi. Nadstawił ucha. Słyszał, i to dość wyraźnie, szczekanie. I to takie, w co jeszcze trudniej było uwierzyć, szczekanie dość... Sympatyczne. Szczekanie psa, który chce się bawić, a nie psa, który grozi w ten sposób rozrywaniem ofiary na sztuki.
W końcu coś zobaczył. Pod szarą linią horyzontu pojawiła się jakaś mała kropka. Ta kropka powiększała się z każdą chwilą, nabierając kształtu.
Wielki, biały pies, prawdopodobnie bokser, dobiegł do Diamonda, wyhamował gwałtownie tuż przy nim. Zakręcił kilka kółek wokół niego, przebierając łapami jak szczeniak, szczekając wesoło. Potem stanął na tylnich łapach, przednie wspierając na piersi kapelana. Wywiesił ogromny różowy ozór, dysząc i mlaskając.
- Co ty tu robisz, piesku? – zapytał Diamond, klepiąc czworonoga po masywnej szyi. – Skąd się tu wziąłeś?
Pies odskoczył tylko, zakręcił się niespokojnie, szczeknął kilka razy, cały czas łypiąc na człowieka brązowymi ślepiami.
- Mam iść za tobą? – zapytał Diamond.
- Aleś ty, w mordę, domyślny.
Kapelan rozejrzał się gwałtownie, robiąc instynktowny krok do tyłu. Nikogo nie widział. Spojrzał więc na psa. I aż potrząsnął głową.
- No idziesz? – usłyszał znowu basowy, śmieszny głos. – Czy będziesz tak stał z idiotyczną miną?
Diamond padł na klęczki, na czworakach podszedł do psa, patrząc mu prosto w pysk.
- Mam rozumieć, że ty mówisz? – zapytał z obawą w głosie, bo pomysł wydawał mu się niedorzeczny.
- Mogę ci nawet zaśpiewać, bylebyś wstał, bo wyglądasz jak kretyn.




-
Morrigu:
-
Łasica:
Pokaż wszystkie (2) ›